środa, 10 grudnia 2014

Niemoc

Upadłam..
Czuję totalny brak sił.
Jedyne czego pragnę, to kolejna porcja jedzenia.
Paraliżuje mnie strach.
Boje się jeść, bo każdy posiłek może skończyć się atakiem.
Przeraża mnie to, co robie.
Boje się siebie.
Czuję obrzydzenie do swojego ciała.
Obrzydzenie do swoich uczynków.
Obrzydzenie sobą...
Nie moge skoncentrować sowjej uwagi na czymś innym...
To co się dzieje, to moja jedna wielka niemoc.

Mój drogi Boże, pomóż wstać. 
Nie chce taplać się w błocie. 
Chcę życia dobrego, wolnego.

Czy jest szansa, że kiedykolwiek na dłuższy czas uda mi się definitywnie skończyć z obżarstwem?
Ileż razy zadaję sobie to pytanie.. O niczym innym nie marzę..
Jednak zawsze pytanie to pozosotaje bez odpowiedzi.

środa, 26 listopada 2014

Chaos emocjonalny

Ostatnio uświadomiłam sobie, że nie posuwam się naprzód. Objadam się średnio dwa razy w tygodniu. Nie są to jakieś olbrzymio olbrzymie porcje (zdecydowanie nie takie jak kiedyś) ale jednak nie są to normalne porcje jedzenia. Potem mój organizm cierpi, a ja czuję psychiczną niemoc..

Muszę coś z tym zrobić. Zidentyfikowac błędy, które popełniam i tak jak przed miesiącami opanowac te cotygodniowe ataki.

Chyba nie radzę sobie z emocjami.. Bywa, że nie potrafię w ciszy io spokoju siedzieć. Jest mi źle samej ze sobą. Czuję jakbym zaraz miała eksplodować i wtedy właśnie pojawia sie przymus jedzenia..

Doceniam to, że ne jestem już anorektyczką, że większość dni jest jednak normalna pod względem jedzenia. Ze nie trwam już w tym okropnym jedzeniowym dole.. Że nie żrę po ubikacjach. Że nie zjadam na raz w stanie całej zawartości lodówki. Że mam życie poza walką o to, czy przez następną minute coś zjeść, czy nie.

Jednak pora wyprostować, to co pokrzywione.

niedziela, 16 listopada 2014

jedno tylko

Chcę jeść.
Chcę jeść. 
Ciągle chcę jeść. 

Boże, co mam zrobić, żeby to pragnienie sobie poszło? CO???
Boli.
Nie pozwala się na niczym skupić.
Nie daje spokoju..

Dziś właśnie mam ten dzień słabości. Tyle robię, by iść do przodu, by nie wracać do tego bagna, a ono ciągle jest, ciągle woła.. 
zjedz jeszcze. 
zjedz to. 
zjedz tamto. 
Nażryj się. 
Ulżyj sobie. 
Poczuj to. 
Ucieknij w jedzenie...

piątek, 31 października 2014

Przemiana trzech sfer

Aby odzyskać równowage w jedzeniu potrzeba wiele czasu. Warto cieszyć się z małych kroków , które stawia się na tej drodze. Przemiana odbywa się na wszystkich trzech płaszczyznach - psychicznej, duchowej i fizycznej. 

PSYCHIKA
Potrzeba przemiany myśli, rozprawienia się z niezdrowymi schematami myślowymi, oczyszczenia umysłu z natręctw myślowych i uniezależnienia swoich emocji od jedzenia. Potrzeba innego spojrzenia na samą kwestię jedzenia. Opanowania strachu przed jedzeniem i oswojenia z nowymi sytuacjami. Czasami przekierowania myśli na inne tory - pozbycia się ciągłego zaprzątania głowy jedzeniem i wszystkim, co z nim związane. Pozbycia się patrzenia na czas z perspektywy kilogramów oraz nauczenia się życia tylko dziś.

DUSZA
Jeśli chodzi o sferę ducha, nie wiem, czy da się wyjść z jakiegokolwiek nałogu, bez pomocy Boga. Ja jako chrześcijanka, nie wyobrażam sobie tego. Potrzebowałam i potrzebuje szczególnej pielęgnacji mojej więzi z Bogiem, nowego spojrzenia na modlitwę i zaufania Mu. W pewnym momencie po prostu przyznałam się przed Bogiem, że nie jestem w stanie sama wyjść z bagna zaburzeń odżywiania i w swojej bezsilności postanowiłam oddać Jemu ten ciężar, wierząc, że tylko On jest w stanie mi pomóc.
Każdy człowiek - czy wierzący, czy nie, aby wykorzenić ze swojego życia nałóg, musi spojrzeć głębiej - w głąb siebie - swojej duszy, poza psychikę - tam gdzie spojrzy sobie w oczy i odkryje, czego tak naprawdę potrzebuje, by wrócić do wolności. Musi zastanowić się nad przycznami takiego stanu rzeczy.
Poza tym sfera ducha, wymaga też innego spojrzenia na siebie - często pielęgnacji miłości do siebie samego. Przywrócenia szacunku do swojej osoby. Spojrzenia na swoje ciało z akceptacją. 

CIAŁO
Organizm musi przyzwyczaić się do normalnego, racjonalego odżywiania. Trzeba wdrożyć w swoje życie zdrowe nawyki te związane z jedzeniem, czy też te związane z odpowiednią ilością aktywności fizycznej oraz snu. Czasem należy poszukać indywidualnego dla siebie dobrego sposobu odżywiania, bo każdy z nas jest inny. Niekótrzy potrzebuję wyeliminowania z jadłospisu niektóych produktów i wtedy trzeba czasu, by się od nich odzwyczaić. Poza tym trzeba dać sobie czas, jeśli ciało wymaga pozbycia się nadwagi. Żadne restrekcyjne diety nie będą tutaj dobrym rozwiązaniem, ani nie przyczynią się do ładnego wyglądu naszego ciała. Jedynie spotęgują obsesję jedzenia.

trzeba czasu
tak, trzeba czasu
nic szybko 
nic na siłę

z resztą to nie jest żadna jednorazowana droga, jednorazowa przemiana
nie ma zdrobione i STOP

Nie moge sobie powiedzieć, że już dotarłam tam gdzie chciałam być. Do końca życia pozostanę człowiekiem zdolnym do obżarstwa, do anoreksji i obsesji jedznia. Całe życie mam się tego wystrzegać, tak samo jak innych złych ludzkich odruchów. Jestem pielgrzymem, któy często upada, jednak idzie dalej. Ciągle idzie. 

Jakie to piękne, że te życiowe kopniaki wszelkeigo rodzaju, jakie dostajemy od Boga, tak wiele nas uczą. Często pomagają nam odkryć, kim naprawdę jesteśmy. 

Trzeba żyć z pasją, właśnie dziś.

czwartek, 9 października 2014

Dzień pokusy

Dużo się działo.. Życie się pozmieniało. Zmiany przyniosły nową przestrzeń sprzyjającą wolności od obżarstwa. Na kilkanaście dni w ogóle zapomniałam o tym, że jestem jedzenioholiczką. Ogarnęłam się na ten czas. Do czasu. Bo na horyzoncie ni stąd ni zowąd pojawiło się on - PRZYMUS.

Czasami bywają dni, że wszystko we mnie w środku woła jeść. Głód emocjonalny staje się bardzo przykry do znoszenia.. Mam wrażenie, że zaraz eksploduję.. Że jak nie wypełnię swojego żołądka do granic możliwości, to mi się coś stanie.. Mam ochotę uciec, czuję potrzebę ucieczki w miejsce, gdzie ów przymus mnie nie doścignie. Ale jak uciec? Dokąd? Kiedy gdziekolwiek pójdę, wszędzie zabiorę siebie...

Godziny przypominają nieustanną walkę ze sobą. W jednej chwili udaje mi się pokonać pokusę - na przykład zrezygnować z odwiedzenia piekarni, którą mijam na ulicy, a w drugiej chwytam w pośpiechu za jedzenie, choć przed chwilą zjadłam spory posiłek. Jedna bitwa rozklada się na wiele mniejszych starć. Nie walczę z nikim, jak jedynie z osobą, którą znam najlepiej - z sobą. Z własną zagmatwaną wolą i pragnieniami.

Przede wszytskim zaś źle mi w tym stanie głodu emocjonalnego. Czuję się niewygodnie.. czuję się roztrzęsiona.. brakuje mi energii i chęci do obowiązków.. bo chęć zrobienia czegokolwiek jest wyparta przez przymus nażarcia. Jakby życie sprowadzało się do jednego..  ZJEŚĆ, NIE ZJEŚĆ. ZWARIOWAĆ.

A kiedy już nie wytrzymam i spełnię swe żarłoczne rytuały, moje samopoczucie przekracza niebezpieczną granicę normalności, sięgając do poziomu minus, gdzie głowa eksploduje od pesymizmu. Ja zaś na ten moment zamieniam się w innego człowieka, ogołoconego ze zwykłej serdeczności. Zachowuje się jakby mi juź na niczym nie zależało i nic mnie w życiu nie cieszyło. I wtedy bolesna wskazówka zegara staje i boli, a ja zapominam o sprawach ważnych i ważniejszych jeszcze.

środa, 24 września 2014

Ogarnąć się

Muszę się ogarnąć, bo jeśli dalej będę tak traktować mój żołądek i mój organizm, to nie będzie wesoło. Nie chcę już bólów wątroby, żołądka i wszelkich problemów z trawieniem, a poza tym  tego okropnego nastroju po każdym ataku.. Tego obrzydzenia.. Tego poczucia straty czasu i złości na siebie. Tego znienawidzenia siebie.

Dwa, trzy dni jem normalnie, a potem znów... Jakaś chwila nieodpartej pokusy i po mnie.
Wystarczy, że jeden raz pójdę za myślą - jedna kromka ci nie zaszkodzi. Jednak sama wiem, źe nigdy nie kończy się na jednej.

Tak bardzo chciałabym wpaść w rytm zdrowego normalnego jedzenia... Minął rok odkąd nie jem słodyczy i to doświadczenie pokazuje mi, że SIĘ DA. 2.5 miesiące mojej abstynencji pokazują mi, ze SIĘ DA.

Nie mogę tracić nadziei, choćby nie wiem co. Nie chcę zatrzymywać się na złych myślach. Chcę żyć od dziś, lepiej.

KIEDYŚ MUSI SIĘ UDAĆ pokonać mojego żarłoka.

wtorek, 9 września 2014

Tak po prostu

Ostatnio dni wolne od obżarstwa przeplatają mi się na zmianę z dniami, kiedy żyję bez niego. Bardzo mnie boli, że znów jest gorzej. Że ciężko mi wytrzymać tydzień. Że moje ciało cierpi, a moja dusza jeszcze bardziej. Mimo wszystko chce patrzeć z nadzieją na przyszłość i pamiętać, że skoro wytrzymałam niedawno 2,5 miesiąca, to mogę to powtórzyć.

Dziś moje obżarstwo zaczęło się od cichutkiej myśli w głowie: ,,może coś zjesz?". Nieraz jem coś pomiędzy posiłkami i nie ma to nic wspólnego z kompulsywnym jedzeniem, ale dzisiaj pociągnęło lawinę. Jest to o tyle dla mnie zaskakujące, że nie czułam wcale przymusu jedzenia. Nie miałam też w sobie "niewygodnych" emocji, które mogłabym zajeść. Czułam sie dobrze, normalnie. Nie byłam głodna po porządnym śniadaniu. Więc dlaczego to zrobiłam? Nie wiem. Po prostu. Bo jestem uzależniona.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Zajadanie problemów?

Już drugi dzień się objadam. Nie widzę w sobie dna. Jestem jak odkurzacz na jedzenie. Nieważne co. Ważne by było. By zapełniało mnie. By zapychało jakąś dziurę w moim sercu?

Ale dlaczego? Dlaczego znowu to robię? Boże, nie chcę... nie chcę, tak bardzo nie chcę, a nie umiem przestać!!! Dlaczego? Dlaczego? Przecież tak się starałam.. ćwiczenia, unikanie szkodliwego jedzenia i zdrowe jedzenie, zaprzestanie myślenia o odchudzaniu, zdrowe nawyki, odpowiednia ilość snu, życie normalne życie.. Z czym zawaliłam? Z czym? Gdzie się za mało starałam? Co ściągnęło lawinę?

Coś mnie wkurzyło. Coś zdenerwowało. Zasmuciło. Poczułam się samotna. Niezrozumiana. I wybrałam tę drogę ulżenia sobie jedzenie. I mnie żarłok złapał i mnie ma... W tym obżarstwie jestem jeszcze bardziej samotna. Jak palec. Bo komu niby powiem, że znowu żrę? Komu?
Mało ludzi rozumie, że tak w ogóle można. Że człowiek może nie mieć dna. Każdy ma swoje życie. Nie chcę nikomu paplać o moich jakże "głupich" problemach.

I to jest właśnie mój problem. Że zamiast spokojnie przyjąć emocje i żyć z nimi, chcę je zagłuszać jedzeniem.

Mój upadek boli... tak bardzo boli. I znowu ta bezradność. Wrażenie niemożności ucieczki. Złość i zalewający mnie z wszystkich stron smutek. Samotność. Samotna samotność...

czwartek, 14 sierpnia 2014

Nie wytrzymałam

Zrobiłam to. Nie mogę w to uwierzyć, ale zrobiłam to. Obżarłam się. Inaczej tego nazwać nie mogę. Jak można wpakować do siebie w ciągu pół godziny tyle jedzenia?! Dwa bohenki chleba??? I nic nie czuć.. Nic. Jakby ktoś wyłączyć w mojej głowie czujnik sytości. A co gorsza dalej pragnę... Mam wrażenie, że mój koszmar wrócił.. że to tylko złudzenie, iż jest dobrze. Jeśli chociaż przez chwilę chciałam siebie nazywać zdrową ,,byłą anorektyczką i jedzenioholiczką", to się myliłam. Może to było tylko dwa i pół miesiąca lepszego życia? Może wcale NIC mi się nie pozmieniało w tej mózgownicy apropo mojego traktowania jedzenia?

Mam ochotę napluć sobie w twarz.. Krzyknąć, że jestem beznadziejna, bo nawet jeść normalnie nie umiem... Chcę sobie powiedzieć, że zniszczyłam moją abstynencję - moją wolność - to, na co tak długo pracowałam. Nie, nie chodzi mi o szczupłą sylwetkę. Absolutnie! Chodzi mi o moją wolność. Wolność mojego ducha od nałogu obżarstwa.

Wiem, że teraz będzie ciężko powstać. Strach przed jedzeniem wróci. Tymczasem życie stawia przede mną nowe zadania i obowiązki. Mnóstwo pracy. Nie mogę niszczyć tego wszystkiego moim żarciem. Nie mogę marnować czasu na żarcie. Nie chcę przejadać życia i znowu tkwić w tym psychicznym dole.

,,Zmiłuj się nade mną, Boże, według miłosierdzia Twego, według wielkiej litości Twojej, zgładź nieprawości moje". Ps 51,3

wtorek, 12 sierpnia 2014

Dlaczego nie warto?

Dziś mój żarłok szczególnie próbuje z całych sił zabrać mi cenny czas i namówić mnie do obżarstwa.. Bo jakaś nieprzemyślana kanapka z tym smarowidłem, które bardzo wzmaga mój apetyt (margaryna, masło!!!), zapoczątkowała moją ogromną chęć na jedzenie. Jedzenie mimo iż nie czuję głodu. Jedzenie emocjonalne - żarłoczne - szybkie - bylejakie.

Dlatego postanowiłam wyjść z kuchni. Usunąć z oczu źródło mojej pokusy i zrobić coś dobrego. Chcę napisać dlaczego NIE WARTO SIĘ OBŻERAĆ. Bo o tym, że nie warto wie każdy. Czasami jednak dobrze jest jeszcze bliżej przyjrzeć się problemowi, by widząc wielkie morze niszczących skutków obżarstwa - jeszcze usilniej walczyć o to, by do niego nie dopuścić. By nie wypłynąć w to morze, ale pozostać na bezpiecznym, pięknym brzegu. Wybaczcie ostry język, nacechowany emocjami. Tych prawd jednak nie moge przestawić spokojnie, bo one właśnie z racji swojej powagi domagają się wykrzyczenia. A ja siebie samą muszę wyperswadować.

NIE ŻRYJ CZŁOWIEKU, BO...

- Będziesz cierpiał psychicznie. Cierpienie dotknie Cię bardzo namacalnie. Może nawet napłaczesz w poduszkę.. Znowu będziesz chciał krzyknąć sobie w twarz, że jesteś baeznadziejny. Będziesz wściekły na siebie. Poczujesz się zniewolony, jakbyś po raz kolejny nie mógł panować nad swoim zachowaniem.

- Twój organizm będzie cierpiał. Będzie mu trudno poradzić sobie z przetrawieniem takej ilości jedzenia. Bólem będzie Cię informował, że robisz  mu krzywdę. Może w nocy nie będziesz mógł spać, tylko zwijał się z bólu i ciągle przekręcał na drugi bok. Mogą spotkać Cię bardzo nieprzyjemne problemy żołądkowe. 

- Dołożysz kolejną cegiełkę, na których wieży mogą wyrosnąć poważne choroby Twojego organizmu.

- Jak Twoi bliscy się dowiedzą, znowu uznają, że jesteś zbyt słaby - że nie masz w sobie tyle siły, aby powiedzieć NIE.

- Nie będziesz mógł jeść. Tak, bo obżarstwo to nie odżywianie swojego organizmu, ale wyniszczanie go. Nie będziesz mógł cieszyć się ze smacznego zdrowego posiłku zjedzonego razem ze swoją rodziną.

- Zmarnujesz cenny czas. Nie będziesz mógł zrobić w tym czasie czegoś dobrego, co da radość Tobie i innym.

- Wydasz niepotrzebnie pieniądze.

- Twoje serce będzie ociążałe. Twój duch będzie ociężały. Będziesz miał wyrzuty sumienia. Rozpusta jest grzechem. Nieumiarkowanie w jedzeniu jest ciężkim grzechem/

- Każda wygrana z pokusą jest ważna. Przybliża Cię do wolności.

- Jedyną korzyść jaką z tego masz to chwilowa przyjemność. Czy warto dla tych kilku sekund tracić tak wiele? Czy nie przyjemniej jest poświęcić czas swoim pasjom czy innym ludziom?
 
---

Doskonale zdaję sobie sprawę, że człowiek chorobliwie uzależniony od obżarstwa jest doskonale świadomy tych wszystkich skutków..a mimo to tak bardzo trudno mu uciec. Jednak bezsilnośc uzależnionego nie polega na tym, że nie może on w żaden sposób przeciwdziałać - że nie ma drogi wyjścia. Jeśli istnieje pokusa, istnieje też sposób jej przetrwania. 

piątek, 1 sierpnia 2014

Bóg nie daje za ciężkich krzyży

Dokładnie rok temu wystukałam na tej stronie swój pierwszy post.. Rok ten był czasem wielu zmian, które zaszły w mojej głowie, duszy i ciele. Postanowiłam zawalczyć o swoją wolność z większą jeszcze siłą, a Bóg był moją największą pomocą. Wiedziałam, że potrzebuję radykalnych kroków, stanowczości oraz jednocześnie mnóstwo czasu i cierpliwości. I tak oto spełniło się moje największe marzenie. Wkroczyłam w nową rzeczywistość wolną od niepohamowanych napadów obżarstwa, które robiły prawdziwe spustoszenie w mojej duszy i ciele... prowadziły mnie na dno psychiczne.. a moje ciało bardzo cierpiało.

Pozbyłam się wielu złych nawyków, które prowadziły mnie nieuchronnie do obżarstwa. Znalazłam związki między schematami myślowymi, a moimi emocjami.. 

Pamiętam pierwszy miesiąc wolności. Przez pewien czas obżerałam się w każdy poniedziałek i wtorek. Uratowała mnie wtedy między innymi myśl, że wystarczy mi tylko przez te dwa dni WALCZYĆ ze zdwojoną siłą, a resztę tygodnia uda się przeżyć dobrze. Tak sobie założyłam, bo tak było - bo okoliczności sprzyjały - bo były treningi i ludzie wokół.

Teraz stuknęły mi dwa miesiące. Aż nie wierzę, bo naprawdę było w moimi życiu mnóstwo momentów, kiedy miałam po ludzku dosyć. Kiedy nie widziałam nadziei, drogi wyjścia i realnych szans na wyzwolenie.
 Na moim przykładzie wiem jedno - nie ma rzeczy niemożliwych!!! Nie ma, że się nie da. Pan Bóg nie daje ludziom za ciężkich krzyży, których nie bylibyśmy w stanie nieść. Jeśli dopuszcza pokusę, to zawsze pokazuje sposób jej przetrwania.

Być wolnym - nie oznacza dla mnie spocząć na laurach. Bo choroba ciągle jest, pozostaje w pewnym sensie na całe życie. Dwa miesiące to nie dużo, ale myślę, że to wystarczający czas by z biologicznego punktu widzenia odzwyczaić swój organizm z potrzeby ogromnej ilości jedzenia.
Wiem, że zawsze mogę dziś, jutro, za tydzień, miesiąc, rok wrócić na tę złą drogę. Muszę ciągle trwać przy tym co mnie chroni przed obżarstwem, odpędzać pokusy, modlić się. i dziękować za każdą wygraną walkę!

wtorek, 8 lipca 2014

Dyskutować z pokusą

Często czuję, że mój niszczyciel "żarłok" jest bardzo blisko - że bardzo się o mnie upomina.. że woła mnie, próbując zepsuć mi dzień - zajmując mój umysł tylko czerpaniem przyjemności z jedzenia..

- Zjedz jeszcze! Co ci szkodzi!
- Nie. Już nie jestem głodna, więc nie potrzebuję jedzenia.
- Ale przecież trochę więcej nie zrobi Ci za wielkiej różnicy.
- Ale nie przyniesie mi nic dobrego!
- Nie przesadzaj! Potem pójdziesz na trening, wszystko spalisz!
- Nie! Zjadłam już wystarczająco dużo!
- Nie możesz się odchudzać!
- Nie odchudzam się. Stosuję prostą zasadę - jem wtedy, gdy jestem głodna.
- Ale możesz sobie pozwolić na trochę więcej przyjemności z jedzenia. Inni też tak robią!
- Nie. Jestem słaba wobec jedzenia. Nie mogę. Nie chcę!

Pokusy będą zawsze nas ścigać. Może najbardziej w niespodziewanym momencie i pod pozorem dobra, chcąc przedstawić nam rzeczywistość całkiem inną niż jest naprawdę. Myślę, że najlepiej jest z nimi nie dyskutować i nie ulegać po wydającej się bez większego znaczenia "troszce", ale zabrać się wtedy do robienia czegoś dobrego - ważnego - konkretnego - absorbującego umysł. Dobrze jest pomyśleć o drugim człowieku - zadzwonić do kogoś - porozmawiać z kimś, by nie myśleć o sobie, ale o ludziach i tym, co dobrego możemy dla nich zrobić. Poza tym oddać się modlitwie. Spokojnie usiąść i przybliżyć się myślami do Boga. Może warto wyjść z różańcem na spacer? 

Moje pokusy obżerania się mają to do siebie, że przychodzą, gdy mam więcej wolnego czasu, dlatego staram się wtedy odczytać taką pokusę jako okazję do robienia tego, na co zawsze nie miałam czasu, a od dawna chciałam zrobić. W ten sposób pokusa nakłaniając do zła, może paradoksalnie stać się okazją do dobrego uczynku.

,,Nie idź za twymi namiętnościami: powstrzymaj się od pożądań! 
Jeżeli pozwolisz duszy swej na upodobanie w namiętnościach, uczynisz z siebie pośmiewisko dla twych nieprzyjaciół."
Syr 18,30-31

niedziela, 29 czerwca 2014

Bóg uczynił cud

Dziś wzruszenie ściska mi gardło...

Rekord w dniach wolności od mojego nałogu od dwóch lat pobity - MIESIĄC.
Pełen miesiąc wolności.

Myśli niedowierzania i zdumienia siedzą mi w głowie. Chcę zapytać Boga, dlaczego, jak to się w ogóle stało. Czy to dobrze? Czy zasłużyłam?
Proszę by zabrał ode mnie pychę, która gdzieś tam w sercu się formuje na myśl, o tym, że to się wydarzyło. Podpowiada mi, że to wszystko moja zasługa - moje starania - moja silna wola - moja praca i wysiłek.
Tymczasem wcale tak nie jest.
Wiara każe mi kierować swoją wdzięczność ku Bogu, czyniąc Jego sprawcą rzeczy, która tak bardzo wyczekiwana od  kilkudziesięciu miesięcy rzeczywiście nastąpiła. Po miesiącach moich wylanych łez, po tylu próbach, upadkach, poszukiwania drogi uzdrowienia.. po okresie rozpaczy, braku sensu życia.. po tym, kiedy po ludzku miałam dosyć swojego życia..

Nie wiem dlaczego. Nie będę analizować ze szczegółami, po raz kolejny mówiąc, o tym co mi pomaga. Jak zbliżałam się do tego okresu wolności. Może tym razem wcale się więcej nie starałam. Niewątpliwie wiele razy starałam się bardziej. Może okoliczności inne teraz więcej mi sprzyjały, a może nie. Sądzę, że stan rzeczy jaki jest, nie jest wyznacznikiem moich starań, ani tego jak miały się do tego wydarzenia towarzyszące. Nieważne. Życie i to co nas spotyka, dla mnie jako człowieka wierzącego jest w pewnym sensie tajemnicą - Bożym zamysłem.

Cieszę się tym, co jest. Dziękuję Bogu Najwyższemu i chcę dzielić się radością wolności.

Nie wiem, co będzie dalej. Być może za jakiś czas, dzień, tydzień, miesiąc powrócę do punktu wyjścia.
Nie da się wykorzenić choroby obżarstwa z mojego serca, duszy i umysłu. Nawet jak przez długi czas nie będę się obżerać, to już zawsze poprzez moją pamięć i doświadczenie w pewnym sensie będzie mnie to dotyczyć.

Wszystkim odwiedzającym mojego bloga również dziękuję. Jesteście nieocenionym wsparciem!

CHWAŁA PANU ZA CUD, KTÓRY UCZYNIŁ!

piątek, 6 czerwca 2014

Przestać myśleć o odchudzaniu

Chcę dziś podzielić się z Wami pewnym wnioskiem, który po kilku dniach wolnych od ataków obżarstwa, wyrył mi się głęboko w świadomości. Właśnie siedzę sama i zastanawiam się jak ja to w ogóle robię, że tak sobie po prostu sobie siedzę. W pobliżu jest jedzenie, nie ma nikogo, a ja siedzę sobie w spokoju wolna od pokusy nażarcia się. To jest coś niesamowitego. Przez długi czas coś takiego w ogóle nie miało miejsca. Dlatego zachwycam się tym stanem..

Jeśli chcemy pozbyć się ataków obżarstwa, nieustannego skupiania swojej uwagi na jedzeniu/ wadze/ kaloriach/ odchudzaniu.. Warunkiem koniecznym jest PRZESTAĆ MYŚLEĆ O ODCHUDZANIU. Porzući ten przymus schudnięcia x kilo.
RACJONALNE ODŻYWIANIE. ZDROWE NIEPRZETWORZONE JEDZENIE. RUCH. SZACUNEK DO WŁASNEGO CIAŁA. POKOCHANIE SIEBIE, TAKIM, JAKIM SIĘ JEST.
(To wszystko wdrożone w życie sprawi, że nasze ciało samo pójdzie za tym co dobre. Dostosuje się do zdrowych zmian i po pewnym czasie samo pozbędzie się nadmiaru tkanki tłuszczowej. Człowiek jest z natury szczupły.) 

Nie warto żyć w jedzeniowej obsesji. Takie coś przynosi zniewolenie. Czyni człowieka ograniczonym umysłowo i duchowo. 

Każdy dzień jest dobrą okazją, by coś zmienić. Zrobić choć maleńki krok ku dobru.. Nikt nie zrobi nic za nas. Żadne gadanie nie pomoże. Trzeba działać. Bóg uczynił nas wolnym. Sami musimy zapracować sobie na niebo.

piątek, 23 maja 2014

Dotyk normalności

Dawno mnie tu nie było. Odwyk od internetu to wspaniała rzecz. Nagle okazuje się, że człowiek ma mnóstwo czasu, który może naprawdę pięknie spożytkować. Śmiem twoerdzić, źe komputer to największy pożeracz czasu, nie zapomniając przy tym, iź równie dobrze można go wykorzystać użytecznie.

Życie zaskakuje mnie bardzo. Spełniają się marzenia. Te małe i większe jeszcze. Wciąż jednak pracuję nad spełnieniem SZCZEGÓLNIE WAŻNEGO - wyzwolenia z zaburzeń odźywiania. Bo choć poza problemem z jedzeniem w moim życiu naprawdę mnóstwo rzeczy jest źródłem radości, to tutaj nie jest tak kolorowo. I często żarcie przysłania mi to, co dobre i piękne.

Od dwóch miesięcy obżeram się średnio 1, 2 razy w ciągu tygodnia. Zdarza się i 2-3 dni pod rząd. Czasami są to ataki naprawdę bardzo silne, kiedy mój organizm reaguje różnymi bólami, niezdolnością do wysiłku fizycznego, biegunką i naprawdę ostrym osłabieniem, a moja dusza przeżywa wewnętrze udręki. Nie wiem, czy dobrze myślę, ale nawet gdy już moje wyrzuty sumienia słabną, bo wiem, że jestem uzależniona, tak ogromna ilość jedzenia chyba szczególnie źle działa na samopoczucie. Może zbyt duźa ilość kalorii pochłonięta naraz uruchamia w mózgu jakieś depresyjne myślenie? Czuję wtedy wielki bezsens życia. Bywa i, że przez parę godzin nie mam w głowie żadnej pozytywnej myśli. 

Mimo upadków, cieszę się każdym dniem wolnym od ataków obżarstwa. 
Dziękuję Bogu za:
- każdy normalnie zjedzony posiłek
- odwrócenie uwagi od sprawy odchudzania
- zaprzestanie obsesyjnego myślenia o tym, co, ile i kiedy jem
- czas, kiedy pochłonięta pracą, nauką, obowiązkami, pasjami oraz przebywanie z innymi ludźmi zapominam o jedzeniu i problemach z nim związanych

 Z radością myślę o tym, że są dni, kiedy naprawdę czuję dotyk normalności.

wtorek, 6 maja 2014

Kiedy dopada mnie przymus jedzenia

Wszechogarniający przymus jedzenia, kiedy przychodzi, utrudnia mi codzienne funkcjonowanie. Odwraca wzrok od tego, co w danej chwili powinno być dla mnie ważne. Zmusza do ucieczki od normalnego rzeczywistego życia.

Przynosi:
- psychiczny ból - jest mi po prostu źle ze sobą
- niepokój
- uczucie drżenia w środku
- trzęsienie rąk
- wrażenie niemożności ucieczki
- brak koncentracji
- uczucie niemożność robienie czegokolwiek innego w danej chwili

wszystko inne przestaje się w danej chwili liczyć - najważniejsze jest to, żeby się najeść...

 Czy mogę liczyć na to, że kiedyś przestanie mnie odwiedzać ten nieproszony znienawidzony gość?

piątek, 25 kwietnia 2014

Tonę

Nie potrafię się ogarnąć od kilku dni. Ciągle myśli o jedzeniu nie pozwalają mi się kupić na obowiązkach. Cokolwiek zjem, chcę więcej. Każda emocja jest w stanie doprowadzić mnie do sięgnięcia po kolejną porcję jedzenia. Żołądek boli od kilku dni. Mam wrażenie, źe moja skóra napuchła.

Tonę w objęciach jedzenia... ZAKLINOWANA.

Czuję, że nie dam rady zacząć od nowa, jeśli nie zrezygnuję z jedzenia pieczywa. To mój główny zapalnik. Nie istnieje on dla mnie w normalnej porcji. Nie potrafię zjeść 2/3 kromek. Zawsze kończy się na tym, ile akurat widzę przed oczami. Bochenek, kilka bułek naraz. I właściwie to przede wszystkim nim się objadam. Nic innego mnie tak nie wciąga. To takie przykre, że "nasz powszedni chleb" z modlitwy stał się moim uzależnieniem... Zwykle nie czuję przymusu jedzenia, do momentu jak nie sięgnę po pieczywo. Chciałabym więc spróboać go nie jeść. SPRÓBOWAĆ KOLEJNY RAZ. Wiem, że to bardzo trudne. Zdaję sobie sprawę, że chleb jest zdrowy, że wcale nie jest tak, iż należy się go wyrzec w celu zdrowego odżywiania. Ale może to dla mnie dobra droga, przynajmniej tymczasowa. Jest mnóstwo innego jedzenia, które mogę jeść w zamian za nie. Nie muszę z tego powodu głodować. Być może mój organizm będzie w stanie się od pieczywa odzwyczaić, podobnie jak od słodyczy. Spróbuję. Nie wiem czy to jest do końca mądre, ale nie widzę dla siebie innego wyjścia w tym momencie.. Chcę dobrze, nie chcę krzywdzić już swojego zdrowia i marnować życia na jedzeniową obsesję.. Może tędy droga?! 

wtorek, 22 kwietnia 2014

Historia jednego ataku

Smutno mi, bo dziś po 5 dniach wolnych od obżarstwa i dobrze przeżytych świętach, zrobiłam to. Objadłam się. Tak bardzo się cieszyłam, że się uda - że wytrwam tydzień. Myślałam dziś, że jeszcze dwa dni i będę mogła cieszyć się tygodniem wolności.

Bałam się dzisiejszego dnia, bo wiedziałam że będę sama i ta samotność może dać mi niebezpieczeństwo ataku. Wczoraj już bardzo ciągnęło mnie do jedzenia z niewiadomych powodów, ale dałam radę wytrwać. Jednak to pragnienie wczorajsze się utrzymało i jeszcze ta samotność wzmogła pokusę. Naprawdę się starałam. Po obudzeniu się w porannej modlitwie poprosiłam Boga o siłę. Powiedziałam, że sama bez Niego na pewno nie dam rady. Potem zrobiłam sobie pożywne śniadanie. Jadłam powoli i z uwagą. Po posiłku poczułam się naprawdę syta. Pomyślałam sobie, że nie będę jeść chleba aż do obiadu i naprawdę chciałam to zrobić. Wiedziała, że nie mogę sobie pozwolić na ani jedną kromkę chleba, bo to rozbudzi moje pragnienie jeszcze bardziej.. i nie pozwoli się zatrzymać. Gdy opuściłam kuchnię, już poczułam, że chyba wygrałam.
Wróciłam do swoich obowiązków. Mimo to w głowie nadal słyszałam głos: ,,zjedz jeszcze coś", ale powiedziałam sobie głośno w sercu NIE!!! Umyłam zęby, żeby przestać czuć smak. Nalałam sobie szklankę wody, by sobie ją powoli wypić. Pokusa na chwilę ustała, ale po kilkunastu minutach znowu wróciła. I znowu ten schemat myślowy - zjedz jedną kromkę - tylko jedną - przecież możesz - nie jesteś już gruba - schudłaś - możesz - pójdziesz na trening i spalisz - zjedz.

I nie dałam rady sięgnęłam po chleb.. nie umiałam się zatrzymać aż do momentu zjedzenia wszystkiego pieczywa... Jadłam szybko, byle jak, na stojąco, bez czucia smaku, bez przyjemności. W strachu, w poczuciu winy. Tylko to kilkusekundowe ukojenie było POZORNIE pozytywne. zachęcające.. paraliżujące..

I znów muszę zacząć od nowa. Kolejny, kolejny raz...
Nie wiem dlaczego ostatnio mam więcej ataków... Może nie w tym rzecz, by  znowu się siebie o to pytać, tylko po prostu jak najmniej myśleć o problemie.

Pora zająć się życiem.

piątek, 18 kwietnia 2014

Niepojęta łaska

Mój Bóg jest Bogiem przebaczenia. Dlatego dał Sakrament Pokuty i Pojednania. Tak po prostu chce przygarnąć mnie grzesznika do siebie. Przytulić. Za nic. Zupełnie za nic. Nawet jak ja sama, nie do końca chcę wrócić na dobrą drogę, to Jego Miłość jest tak wielka, że przemawia do mnie na tyle, że moje NIE w końcu staje się TAK.
Bóg, który oddał dla mnie swe życie na krzyżu, chce mi powiedzieć, że mnie po prostu kocha. Kocha tak bardzo, iż nie jestem w stanie sobie tego w żaden sposób wyobrazić i w żaden sposób pojąć. Kocha mnie taką, jaką jestem. Całą. 

Nieskończona to Miłość. Niepojęta to łaska. Z której wypływa dar nowej siły do walki z ludzkimi słabościami.

Łaska ta jest dostępna dla każdego człowieka. Trzeba tylko powiedzieć w sercu TAK - nie chcę już grzeszyć - żałuję za zło, którego się dopuściłem - wierzę w Twoje przebaczenie, Panie.

KAŻDEGO DNIA BÓG ZAPRASZA CZŁOWIEKA DO SZCZĘŚCIA

MÓWI: ,,WSTAŃ, JEŚLI UPADŁEŚ"

wtorek, 15 kwietnia 2014

Mój towarzysz pragnienie

Przykro mi Panie, że tak często myślę o jedzeniu.
Tak bardzo mnie to boli.
Przykro mi za to, że czasami wszystko wydaje się być nieważne prócz zaspokojenia.
Przykro mi, że ciągle pragnę.
Przykro mi za stracony czas.

Ciągle chciałabym pytać DLACZEGO. I w końcu się dowiedzieć dlaczego to robię, dlaczego pragnę i nie potrafię uciec od tego pragnienia. A co jak odpowiedź nie istnieje?

Chyba jeszcze nie do końca potrafię akceptować swoją chorobę i swojego towarzysza PRAGNIENIE.

A jeśli by tak spojrzeć jakoś inaczej na to pragnienie? Może inaczej odpowiedzieć? Nie jedzeniem zaspokoić? Czy da się inaczej? Czy można inaczej?

Wskaż mi Panie, właściwą drogę.
Daj nowe siły do walki.
Bo się pogubiłam.
Zboczyłam z dobrej ścieżki.
Pomóż kolejny raz wrócić.

niedziela, 6 kwietnia 2014

Nie ma dróg na skróty

Warto się cieszyć samą drogą, którą idziemy. Że choć nie jest już tak, jakbyśmy chcieli, jak dyktują nam nasze ambicje, to jednak jest lepiej niż było. Posuwamy się do przodu w tę upragniona stronę. Wybraliśmy walkę o wolność i choć ciągle upadamy to ten sam wybór już w pewnym sensie jest zwycięstwem oraz zapowiada zwycięstwo!!!

Warto się cieszyć z małych naprawdę drobnych postępów, które spotykają nas na drodze walki. Nie można spodziewać się niczego od razu. Nie ma dróg na skróty, jak we wszystkim na tym świecie. Chcemy się czegoś nauczyć - potrzebujemy ćwiczeń. Chcemy z czymś wygrać, chcemy zmienić siebie - potrzebujemy czasu. Potrzebujemy cierpliwości. Życie wymaga od nas cierpliwości.

Przede wszystkim dużo czasu potrzeba na wewnętrzną przemianę człowieka - ZMIANĘ SPOSOBU MYŚLENIA - zmianę podejścia do pewnych spraw.. Zaburzenia odżywiania to choroba dotycząca wielu płaszczyzn - jak to się zwykle mówi choroba CIAŁA, DUSZY I UMYSŁU. Osobiście myślę, że jest w tym sporo prawdy. Nasze ciało cierpi, nie umie regulować apetytu, my nie akceptujemy siebie, cierpimy z powodu ogromnych wyrzutów sumienia, nasz umysł jest zbytnio przywiązany do niewłaściwych przekonań dotyczących rzeczywistości i schematycznych destruktywnych zachowań oraz zbyt zaabsorbowany tematem jedzenia i wyglądu.

Jeśli będziemy wyzwalać się z niewłaściwego podejścia do jedzenia to koleją rzeczy będzie UNIEZALEŻNIENIE SWOICH EMOCJI OD JEDZENIA. Nasze emocje nie będą dyktować nam CO, ILE, KIEDY mamy jeść. Apetyt będzie regulowany w sposób naturalny uczuciem sytości, a my będziemy potrafili czerpać przyjemność z jedzenia i jednocześnie rezygnować z jego nadmiaru. Ponadto jedzenie nie będzie wywoływało u nas uczucia strachu.

Ja ostatnio mimo kilku upadków, zaobserwowałam rzeczy, które jak myślę są oznaką mojego wolnego podążania na tę zdrową stroną życia - za wolnością:
(!!!) byłam cały dzień sama w domu i się nie objadłam
(!!!) nie karałam się dodatkową porcją jedzenia, gdy rzeczywiście zjadłam już za dużo
(!!!) nie stawałam dawno na wadze i mnie tam nie ciągnie, te cyferki już nie interesują mnie tak, jak kiedyś.

A jak Wasze większe/mniejsze postępy? :)

sobota, 29 marca 2014

Niewygodne emocje

Dziękuję za ostatnie komentarze i za to, że jesteście - że czytacie :) Chcę się z Wami podzielić kolejnymi przemyśleniami.

Ostatnio obserwując siebie i swój organizm, przy okazji kolejnego ataku, który się wydarzył, dochodzę do kolejnych cennych wniosków w sprawie kompulsywnego jedzenia.

Chęć sięgnięcia po jedzenie w chwili, gdy nie jestem głodna często pojawia się w przypadku konkretnych emocji - silnych emocji - negatywnych czy pozytywnych. Często jedna rzecz, która wywoła konkretny stan emocjonalny, może przynieść niebezpieczeństwo wystąpienia ataku. Czuję wtedy emocjonalną potrzebę ulżenia sobie (odreagowania emocji) za pomocą jedzenia. Głód taki pojawia się szybko i nagle oraz chce być zaspokojony natychmiastowo. Mam wrażenie, że muszę zrobić to teraz - właśnie teraz - i to jest w tym momencie najważniejsze. Wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Bardzo przypomina mi to głód jakiegokolwiek nałogu.

Emocje te nie muszą być bardzo silne. Gdy są naprawdę silne, to wtedy najczęściej długo nie myślę o jedzeniu - tak że nawet zdarzy mi się nie czuć głodu i zapomnieć zjeść posiłek. To chyba normalne dla każdego człowieka w myśl powiedzenia ,,Smak życia odbiera człowiekowi smak jedzenia". Gdy szczególnie odczuwam miłość ze strony innych, przestaję mieć zwykłą ochotę na jedzenia. Gdy się wzruszam ze smutku czy z radości jest tak samo.

Tak więc emocjonalny głód wywołują emocje o określonym natężeniu (silne ale nie zbyt silne), które powstają pod wpływem różnych zdarzeń dnia codziennego. Emocje te są po prostu "niewygodne" - i chcielibyśmy, by ich nie było. Drobna rzecz wkurzy, zasmuci i chcemy jeść. Jedna myśl przygnębiająca -> chcemy jeść. W efekcie można go odczuwać dosyć często. Po kilka razy w ciągu dnia.

Cechy emocjonalnego głodu:
- pojawia się nagle
- wymaga natychmiastowego zaspokojenia
- nie narasta wraz z upływem czasu (jak głód fizyczny)
- może mijać po paru sekundach albo wracać po jakimś czasie i znowu mijać

Oto niektóre ze stanów emocjonalnych wywołujący u mnie głód emocjonalny oraz sytuacji, które je wywołały:
- samotność <- nie mam się do kogo odezwać na uczelni (kiedyś na przerwach w szkole)
- wrażenie wyobcowania wśród ludzi <- nikt nie chce ze mną rozmawiać
- poczucie, że zawiodłam kogoś, rozczarowałam kogoś <- uciekł mi autobus, gdy jechałam na ważne spotkanie
- wyrzuty sumienia <- gdy zjadłam już o wiele za dużo (CHCĘ JEŚĆ JESZCZE WIĘCEJ I WIĘCEJ, BY ZAGŁUSZYĆ WYRZUTY SUMIENIA)
- poczucie, że jestem gorsza <- zauważyłam, że nie umiem na studiach rzeczy, które inni potrafią doskonale
- złość na siebie <- miałam się uczyć, a przeleniuchowałam
- smutek, brak szacunku ze strony innych ludzi <- ktoś powiedział mi coś chamskiego
- pretensje do siebie <- nie udało mi się iść na trening z powodu swoich wymówek
- uczucie, że wszystko układa się po mojej myśli <- plan dnia jaki miałam na dziś dzień wykonałam w 100%
- nieoczekiwana radość, niezręczność, zdziwienie <- wydarzyło się kilka miłych rzeczy, których się naprawdę nie spodziewałam i jest mi z tym aż dziwnie
- radość, chwilowe zapomnienie o wszystkich problemach <- zwykłe spotkanie z przyjaciółmi (może wtedy przestaje być czujna i mam wrażenie, że tak naprawdę nie mam problemów z jedzeniem)
- podekscytowanie <- zauważyłam, że bluzka, która jeszcze niedawno była ciasna, jest na mnie dobra (może wtedy coś podpowiada mi, że mogę jeść ile chcę bo i tak schudłam)
- zadowolenie ze siebie <- posprzątałam, pouczyłam się, byłam na treningu, pogadałam z przyjaciółką (ach tyle dobrego dziś zrobiłam, że aż nie wierzę!)
- poczucie beztroski i swobody <- przyjechałam do domu, mam wolny dzień
...
...
...

Myślę, że warto siebie w taki sposób obserwować. Świadomość zależności pomiędzy naszymi myślami, emocjami a konkretnymi sytuacjami jest bardzo cenna.

niedziela, 16 marca 2014

Odstawienie słodyczy

Już wiele razy pisałam o tym, że kilka miesięcy temu całkowicie wykluczyłam ze swojej diety biały cukier i wszelkiego rodzaju słodycze.
Dziś chcę temat ten bardziej nakreślić, opowiadając o tym, jak sprawa ma się ze strony mojego doświadczenia.

A zaczęło się tak. Od początku moich problemów z obżeraniem się - wiedziałam, że nie potrafię panować głównie nad jedzeniem słodyczy. Wielokrotnie próbowałam ich nie jeść z myślą, że to jedyna dla mnie droga na wyzwolenie z nałogu obżerania. Ludzie mówili mi różnie przede wszystkim: ,,Musisz się nauczyć jeść wszystko z umiarem". Ale ja wiedziałam, że nie jestem w stanie jeść słodyczy z umiarem. Przynajmniej nie teraz. I 20 września wracając z 2-godzinnego biegania, kiedy pierwszy raz przebiegłam tak długi dystans, postanowiłam spróbować jeszcze raz. NIE JEM SŁODYCZY. KONIEC. TRZEBA WALCZYĆ Z NAŁOGIEM. I od tego dnia nie miałam w ustach ani kostki czekolady czy kawałka ciasta. Moja walka z obżarstwem i zaburzeniami odżywiania stała się łatwiejsza. Oczywiście na początku nie było łatwo. Nieraz godzinami myślałam o tym, żeby zjeść COŚ NAFASZEROWANEGO CUKREM. Śniła mi się góra batonów. Jednak z tygodnia na tydzień było coraz łatwiej. Nieustanna ochota na słodycze nachodziła mnie coraz rzadziej.

Po prawie półrocznej przerwie w jedzeniu słodyczy mogę już powiedzieć, że mój organizm się od nich odzwyczaił i to jest piękne - cudowne doświadczenie.

Ludzie różnie reagują na to, jak za każdym razem, gdy ktoś częstuje mnie słodyczami, odmawiam. Zwykle nie tłumaczę się jakoś. Grzecznie podziękuję, Niektórym wspomnę, że nie jem słodyczy. Jak ktoś zapyta dlaczego i czy w ogóle, to mówię: ,,A, tak po prostu :)" albo ,,bo dobrze się z tym czuję".

Kiedyś nawiązała się ciekawa, humorystyczna dyskusja miedzy moimi dobrymi znajomymi:
- Poczęstuj się - kolega wyciąga w moją stronę czekoladę.
- Nie dziękuję - odpowiadam.
- Ale poczęstuj się. Naprawdę nie masz ochoty?
- Nie. Nie jem słodyczy.
- No nie wierzę, że nie chcesz! Jak można nie jeść czekolady!
- No normalnie. Nie mam ochoty! Nie mam nawet pokusy, by ją jeść.
Potem drugi kolega mówi do pierwszego:
- Nie rozumiesz?! To jest świętość - brak pokusy!
I tak właśnie jest. Nie mam już ślinitoku na widok jakiegokolwiek sztucznie przetworzonego nacukrowanego jedzenia. Zwyczajnie już od dawien dawna ochota na jakiekolwiek jedzenie zawierające cukier mi przeszła. Co mam na myśli mówiąc ochota? Po prostu chęć zjedzenia. ,,jak dobrze byłoby zjeść ciastko".
Zapachy domowych ciast, drożdżówek, pączków też mnie nie ruszają. Nawet ich nie lubię. Czasami jedynie rozpala mnie ciekawość: ,,Ciekawe czy smakowałaby mi teraz czekolada, gdybym jej spróbowała" lub ,,ciekawe czy gdybym teraz sięgnęła po słodycze, to znowu stałaby się głównym jedzeniem napędzającym moje obżarstwo". Ale nie chcę tego sprawdzać. Chcę tylko zaznaczyć, że takie myśli czasami pałętają się po mojej głowie.

Oczywiście nie wiem, co będzie dalej. Czy nie stanie się tak, że kiedyś znów zamknę się w łazience z torbą słodyczy. Na razie niezmiernie się cieszę z mojego małego cudu, który się wydarzyło i dziękuję Bogu za to, co się stało.

Nie mówię, że każdy człowiek mający problem z kompulsywnym jedzeniem musi odstawić słodycze. Nie, nie! Nie o to chodzi! Opowiadam o swoim doświadczeniu. To ja wybrałam taką drogę i widzę, że jest dla mnie właściwa. Każdy musi rozpoznać, co dla niego jest najlepsze. Czy jedzenie
wszytskiego z umiarem, czy całkowita rezygnacja z niektórych pokarmów.

Pokusa dotyka człowieka przez zmysły i pamięć. Gdy czegoś nie robiliśmy dawno pokusa zostaje
osłabiona śladem niepamięci. Nasze zapominaniu niweluje pokusę. Piękne jest też to, że z biologicznego punktu jedzenia ludzki organizm potrafi przyzwyczajać się i jednocześnie odzwyczajać od pewnego jedzenia.

A teraz co jeszcze zaaobserwowałam, od momentu niejedzenia słodyczy.
Co mi jeszcze dała dieta bezcukrowa?
- mniej problemów z trawieniem
- ładniejsza cera
- większa odporność
- zdrowsze zęby
- ogólnie lepsze samopoczucie
- więcej energii
- większy apetyt na świeże owoce i warzywa

Dodam jeszcze, że nie jem białego cukru w postaci wszelkich słodyczy i nie dodaję go do żadnych potraw. Gdy kupuję coś w sklepie zwykle czytam etykiety i gdy widzę w składzie cukier, odstawiam na półkę, nawet gdy jest to tylko sałatka. Ogólnie kupuję jaknajmniej przetworzonego jedzenia. Szczególnie staram się omijać z daleka produkty z syropem glukozo-fruktozowym, ponieważ zauważyłam, że wywołuje u mnie wielka ochotę na jedzenie, mimo zjedzonego posiłku. (Upośledza hormon sytości.)
Słodki smak mam w owocach. Smak jabłkowy, bananowy, pomarańczowy.. Czasami równieź zjem trochę miodu. I tyle słodkości mi wystarczy.

Bo najsłodsza na świecie jest słodyczowa wolność.



piątek, 28 lutego 2014

Dziś będzie piękny dzień

 Dziś wstaję patrzę - słonko tak pięknie świeci. Otwieram okno, a świeże powietrze o lekkim zapachu wiosny, dociera do moich płuc... Pięknie jest żyć, mieć kolejne 24h życia - myślę sobie. Dziś będzie piękny dzień - tyle cudownych rzeczy mnie czeka. Zjem dobre śniadanko i lecę na trening. Potem trzeba spotkać się z ludźmi, porozmawiać, poczytać coś interesującego, posiedzieć w książkach, popracować. I pokontemplować przed Bogiem.

Odrzucam daleko od siebie to przytłaczające POCZUCIE WINY - proszę Boga, żeby je zabrał. Jestem uzależniona - dobrze to wiem, ale nie muszę się za to karać.
Odrzucam PRZYMUS ODCHUDZANIA, pokusę, by stanąć na wadze i wpatrywać się w te cyferki, które przecież rzekomo świadczą o mojej wartości.
Odrzucam WSTRĘT DO SIEBIE. Patrzę na moje piękne mięśnie na łydkach. Myślę, o tym, że moje ciało jest F-R-A-K-T-A-L-E--M!!!

Chcę po raz kolejny wyciągnąć wnioski z tego, co się stało. Zobaczyć swoje błędy i pomyśleć nad tym, co mogę jeszcze zrobić, żeby o kolejną milę oddalić się od zniewolenia swej duszy niewłaściwym traktowaniem jedzenia.

Dziś kontempluję sobie nad Psalmem 139:

,,Przejrzałeś mnie, Panie, i znasz mnie,
znasz mnie, gdy siadam i kiedy wstaję,
przenikasz z daleka moje myśli.
(...)
Tyś bowiem ukształtował nerki moje,
utkałeś mnie w łonie mej matki.
Sławię Cię, że przedziwnie zostałem stworzony,
że przedziwne są dzieła rąk Twoich,
a dusze moją znasz dogłębnie.
(...)
Badaj, o Boże, i poznaj moje serce,
poddaj mnie próbie, poznaj moje zamierzenia,.
Zobacz, czy nie znajduję się na drodze zagłady,
prowadź mnie drogą odwieczną."

środa, 26 lutego 2014

Chcica

Dziś był dzień obżarstwa. Tak, to prawda. Pokusy walczyły o mnie, a ja dałam się zwieść. Kilka błędów w tym głównie rezygnacja z wieczornych ćwiczeń stała się przyczyną mojego napchania brzucha do granic możliwości. Owszem, nie będę tragizować, bo oczywiście bywało gorzej.

Teraz gdy rzuciłam słodycze i na razie nie powróciłam do ich jedzenia (daj Boże jak najdłużej!), moim najsłabszym punktem jest pieczywo, choć wcześniej też było. Wszelkiego rodzaju pieczywo. Bardzo rzadko się zdarza, że zjadam je w normalnych ilościach. Całkowite odstawienie go byłoby łatwiejszą drogą. Jednak ciągle próbuję nauczyć się je jeść z umiarem, ponieważ wiem, iż jest zdrowe i zdaję sobie sprawę, że to podstawowy element diety w naszej kulturze europejskiej. Jednak mam dylemat, jak rzeczywiście traktować pieczywo.

Mój mózg, moje myśli, moja głowa wołają jednym wielkim głosem J-E-Ś-Ć !!!!. Mam chcicę - wielką chcicę na żarcie, by sobie dogodzić - zrobić wszystko dla tych kilku sekund i minut poczucia ulgi, zaspokojenia, rozkoszy.. By się obeżreć do granic mojej fizycznej możliwości... I nieważne, że już czuję się jak wypchany balon.

A w międzyczasie tyle ludzi na świecie głoduje...

wtorek, 18 lutego 2014

Rozmawiać ze sobą

Dziś moje przemyślenia o pokusie i dialogu z samym sobą.

W obliczu pokusy w naszej głowie toczy się WALKA MYŚLI. Słyszymy głos skłaniający nas do złego - podsuwający nam niedobre dla nas rozwiązania, które to mogą stać się okazją do grzechu lub jego początkiem. Równocześnie słyszymy głos dobra, rozsądku, który jest jakby przeciwstawnym biegunem w naszej głowie. Nasz umysł zostaje zasypany różnymi argumentami. My sami formułujemy nasze zdanie, które w ostateczności doprowadza nas do podjęcia decyzji, oscylując między dobrem a złem - między jednym i drugim sposobem patrzenia na daną kwestię. W samym momencie tej walki jesteśmy jakby zawieszeni w czasie, który zdaje się istnieć tylko dla podjęcia tej decyzji.
Sama walka jest bolesna, mniej lub bardziej. Walka z nałogiem przypomina prawdziwą wojnę. Zły głos dobrze nas zna i wie jakich argumentów użyć, aby nasze zdanie było z nim tożsame.

Nie mogę ocenić, co tak naprawdę jest głosem dobra, a zła. Rzecz jasna, ale przytoczę tu jedną z częstych rozmów, która toczy się w mojej głowie, odpowiednio nazywając głos pokusy i rozsądku.

P-pokusa
R-rozsądek
J-ja

P: Zjedz kanapkę!
J: Hm...
R: Ale czy jesteś głodna?
J: Nie. Niedawno zjadłam śniadanie.
P: Ale to tylko jedna kanapka.
R: Ej, przecież nie powinnaś jeść jak, nie jesteś głodna, prawda?
P: Przecież potrafisz poprzestać na jednej!
J: Hm..
R: Pamiętaj, że jesteś słaba względem jedzenia! Nigdy nie kończy się na jednej kanapce!
P: Będzie pysznie! Na chwilę przyjemności każdy sobie powinien pozwolić!
J: Nie mogę. Jestem słaba. Może zjem jabłko.
P: Ale przecież potem pójdziesz na trening, więc wszystko spalisz. Zjedz!
J: No dobra. jedną mogę zjeść..
P: A może jeszcze jedną? Co za różnica. Jedna kanapka. Wiesz już jakie to przyjemne, pyszne..
R: Przestań!!! Pamiętaj, że nie możesz więcej! Wyjdź z kuchni! Nie możesz!
J: Jeszcze jedną mogę. Ale to już ostatnia.. Naprawdę ostatnia.
...
P: Skoro pozwoliłaś sobie już na tyle, to co za różnica ile teraz rzeczywiście zjesz.
R: Ej opanuj się! Pamiętasz przecież jak czujesz się po ataku obżarstwa?! Szanuj swojego zdrowia.
...

Myślę, że warto być świadomym tego dialogu, który dzieje się w naszej głowie. Wtedy na pewno łatwiej wygrywać z pokusą.

Kiedy chodziłam do psychologa, pamiętam jak mówiono mi o potrzebie dokładnej analizy swoich myśli - ROZMAWIANIU ZE SOBĄ. I w obliczu pokusy zadawaniu sobie pytań typu:
- Czy jestem głodna?
- Dlaczego chcę jeść, skoro nie jestem głodna?
- Jak będę się czuć po ataku?

Wiele bitew można przegrać. Alenaszym zadaniem jest wygrać wojnę.


piątek, 7 lutego 2014

Strach przed jedzeniem

Zwykle gdy jestem sama i muszę zjeść posiłek, boję się, Najbardziej lękam się dni, kiedy wiele godzin muszę sama przesiedzieć w domu, w którym jest lodówka z jedzeniem.

Dziś też się bałam. Poszłam zjeść śniadanie. Chciałam takie jak zawsze bez dodatków, dokładek. Nie czułam jakiegoś przymusu jedzenia - jak to kiedyś bywało, drgawek, dyskomfortu psychicznego nie do zniesienia - ale jedynie strach. Strach przed sobą. Przed potencjalnym atakiem obżarstwa. Strach ten naprawdę był wielki. I w końcu nastąpił atak. I chyba właśnie z tego strachu...
 

niedziela, 26 stycznia 2014

Sport dobry na wszystko

Już nieraz pisałam o tym, że sport jest moją podstawą w walce z zaburzeniami odżywiania. Nikomu nie trzeba tłumaczyć dlaczego warto się wiele ruszać. Tak już jest, że organizm człowieka rządzi się pewnymi prawami i zostać tak stworzony przez Boga, że potrzebuje pewnej dawki aktywności fizycznej, by dobrze funkcjonować. Warto korzystać z tych narzędzi, które mamy na wyciągnięcie ręki, rozpoczynając przygodę ze sportem.

Tak właśnie myślę, że Bóg dał mi sport jako narzędzie walki. A wiadomo, że aby odnosić sukcesy w walce z pokusami muszę dać z siebie dużo wysiłku. Ten oto uwalniam na treningach. Tym samym szlifuję silną wolę, cierpliwość, wytrwałość, systematyczność. To się nazywa doskonalenie duszy. W dodatku patrzę bardziej optymistycznie na świat (wiadomo endorfiny). I uwaga inaczej postrzegam swoje ciało - mam większy szacunek do niego. Mogę się zachwycić swoją własną anatomią, tym co moje ciało potrafi, choć po ostatnim ataku nazywałam go "grubą świnią"... Ponadto aspekty fizyczne: zdrowie - właśnie czuję się zdrowo! Mam dobrą kondycję, która naprawdę jest w życiu bardzo cenną sprawą. Mam przecież dużo miłości dać światu, a do tego potrzebuję sprawnej maszyny - swojego ciała, by dotrzeć do ludzi mieć siły, by zrobić to, co do mnie należy.

Właściwie dzięki chorobie mam nową pasję - BIEGANIE, które jest sportem niezwykłym. Nieraz właśnie najlepszym lekarstwem dla ludzi uwikłanych w nałogi, czy różne choroby fizyczne i psychiczne. Nieraz długi bieg było dla mnie ratunkiem przed kolejnym dniem w "objęciach jedzenia" i płaczem z poduszką w ręku. Często wychodziłam na trening z ogromnym psychicznym bólem, który uśmierzały przebiegnięte kilometry, a będąc te kilkadziesiąt minut sam na sam ze sobą, słyszałam w sercu natchnienia od Boga - pojawiała się nadzieja.

Bardzo często trening zabija mój przymus jedzenia. Zabiera niepotrzebne emocje, które mogą doprowadzić mnie do ataku obżarstwa. Jest doskonałą chwilą na odpoczynek i oderwanie się od spraw codziennych.

W okresie anorektycznym ćwiczyłam ze strachu przed przytyciem. Nieraz resztkami sił wygłodzonego organizmu robiłam przysiady. Był też czas, że wychodziłam biegać, wyliczając ciągle jak to robić, by dzięki temu jak najwięcej i jak najszybciej schudnąć.

Teraz biegam i ćwiczę z pasji, widząc całą gamę korzyści jaką aktywność fizyczna wnosi do mojego życia.

sobota, 18 stycznia 2014

Życie, po prostu życie!

Mijające właśnie dwa tygodnie bez ataków obżarstwa, przyniosły mi  doświadczenie życia - ZWYCZAJNEGO ŻYCIA, kiedy to cała otoczka jedzeniowo-wagowo-wyglądowo-kaloryczna odeszła gdzieś w bok, a moje działania nastawione były na całe mnóstwo innych spraw, pięknych spraw. Ludzie stali się ważniejsi. Pasje piękniejsze. Obowiązki przyjemniejsze. Życie stało się bardziej pasjonujące. I to przede wszystkim ono wysunęło się na pierwszy plan, a nie skrawek rzeczywistości związany z jedzeniem i moim wyglądem.

Nieocenionym jest budzić się rześkim, bez pełnego brzucha i z burczących brzuchem powędrować do kuchni, by przygotować sobie dobre, zdrowe śniadanie. Nieocenionym jest iść biegać nie myśląc o odchudzaniu, tylko by po prostu cieszyć się samą chwilą ruchu, gdy moje serce bije szybciej, a ja mogę oglądać piękny świat stworzony przez Boga.

Nakryłam się nawet na czynnościach dla mnie nietypowych jako osoby uzależnionej od jedzenia. I przez ułamki chwil poczułam się jak człowiek, który ma zdrowe podejście do jedzenia.
* Nie dojadłam obiadu, gdy poczułam się syta.
* Potrafiłam ze spokojem zjeść normalny posiłek, gdy byłam sama.
* Nie panikowałam, gdy zjadłam coś niezbyt zdrowego.

Niemożliwe rzeczy stają się możliwe. Cuda się dzieją.
,,Wiem, że Ty wszystko możesz i że każdy zamiar możesz przeprowadzić." Jb 42,2

sobota, 4 stycznia 2014

Mieć dość?!

Czasami człowiek ma po prostu dość. Tak zwyczajnie po prostu dość.
Siebie samego...
                        Życia...
                                Wszystkiego....
Nie widzi już kropelki nadziei.
Wszystko wydaje się bezsensem.
Przed oczami ma tylko ciemność.

Ileż to razy łapałam się na myśleniu, że moja walka nie ma sensu, bo choćbym nie wiem jak bardzo się starała, to i tak wszystko po krótkim/dłuższym czasie wraca. I tak ogólnie rzecz biorąc jest porażka. I tak jest mój nałóg. Moja choroba. I tak od kilkudziesięciu miesięcy... Ciągle to samo. Moja cierpliwość ma swoje granice i często mi jej po prostu brakuje.

To takie ludzkie, że czasami smutek człowieka sięga zenitu i przerażeni sobą samym chcemy się poddać - zaprzestać walki i wszelkich starań na to, by iść w stronę wyzwolenia.
Nie możemy ocenić, jak naprawdę źle, o ile gorzej byłoby, gdybyśmy się starali mniej lub w ogóle. Nasze rezultaty nie są obrazem naszych starań, I na odwrót. Choć wiadomo, że są współczynnikiem znacznie wpływającym (może i najbardziej znaczącym?!) na to, jak daleko oddalamy się od zła i nie możemy sobie wmówić, że tak nie jest, bo to już niesie za sobą pokusę nicnierobienia i zwalania wszystkiego na Boga.

Często mówię, że mam dość. Ale zawsze w takiej chwili poddania się i rozpaczy po jakimś czasie moja bezsilność natrafia na Boże miłosierdzie... I kiedy myślę, że to już chyba niemożliwe, On pokazuje mi nadzieję. Nie mogę się poddać ze względu na Boga. Jeśli bym się poddała, to byłoby to jednoznaczne z odrzucenie Boga - z uznaniem tego co On mówi za kłamstwo.

,, Jezus spojrzał na nich i rzekł: «U ludzi to niemożliwe, lecz u Boga wszystko jest możliwe». "
Mt 19,26


Postanowiłam znowu zacząć liczyć moje dni wolności od zera i walczyć - codziennie walczyć o każdy dzień.