środa, 22 marca 2017

Żrę bo...

Swego czasu natrafiłam na odcinek ojca Adama Szustaka o obżarstwie. Zainteresowanych odsyłam do filmiku: GRUBASY

Choć nie mam już ataków obżarstwa, to ostatnio kilka razy przyłapałam się na tym, że jem z emocji. To wszystko co było kiedyś we mnie, tak do końca nie umarło. Mimo iż czuje się wolna od zaburzeń odżywiania, to wiem, że nadal mam słabość do nadmiernego jedzenia. Gdy ogarnia mnie uczucie przygnębienia czy złość na siebie, że coś mi nie wyszło, to zwykle w głowie pojawia się myśl "zjedz coś, poczujesz się lepiej". Teraz kiedy jestem tego świadoma, to łatwiej mi tę myśl po prostu zignorować, ale nie zawsze się to udaje, bo czasem sięgam po coś do jedzenia. Zwykle jest to coś drobnego, ale mimo wszystko uważam, że nie powinnam tak reagować. Trudnych emocji ostatnio było sporo, toteż pokusa jedzenia by sobie ulżyć była częsta.

Wiem, że powinnam uważać na takie stany, kiedy gromadzi się u mnie nadmiar negatywnych emocji, a szczególnie poczucie winy, złość na siebie czy potrzeba nagrodzenia siebie. To, co mówi ojciec Adam Szustak uświadomiło mi jeszcze raz, na czym polega mechanizm obżarstwa. Myślę, że w szczytowym stadium ataków obżarstwa mechanizm ten działał u mnie właśnie na tych trzech poziomach, o których mówi ojciec Adam.

A oto trzy mechanizmy, które wymienia ojciec Adam.
Obżarstwo jest:
1) rodzajem radzenia sobie z brakiem akceptacji siebie - moment jedzenia sprawia, że czujemy się wtedy "kimś" - czujemy się szczęściwi na tą chwilę
2) rodzajem nagradzania siebie
3) rodzajem zagłuszacza winy - samo-destrukcja - zagłuszanie wyrzutów sumienia

OBŻARSTWO daje złudne poczucie szczęścia.

"Kluczem nawrócenia jest zmiana myślenia."

"Musisz znaleźć mechanizm, na którym to u Ciebie działa."

To prawda o obżarstwie, którą chciałam się podzielić. Sama świadomość tego wszystkiego jest już ogromnym kluczem do sukcesu na polu walki z nadmiernym jedzeniem. Szatan próbuje nas oszukać, ze jedzenia dam nam szczęście. Zło zawsze atakuje nas pod pozorem dobra.

czwartek, 9 lutego 2017

Być swoim przyjacielem

Minęły kolejne miesiące mojego życia wolnego od zaburzeń odżywiania. Z wdzięcznością uśmiecham się do samej siebie w lustrze, dziękuję Bogu - bo bez Niego to sobie nawet nie wyobrażam, co by teraz mogło ze mną być. Swego czasu, gdy jeszcze byłam w mocnym stadium choroby, starałam się dziękować Bogu, za moją wolność od obżarstwa, której jeszcze wtedy nie było, ale wierzyłam, że kiedyś nastąpi. Oczywiście ta wiara czasami była słaba i marna, a czasami może i nawet jej w ogóle nie było. Jednak wracała. Starałam się ją zwiększyć i przy sobie zatrzymać. Modliłam się o wzrost tej wiary no i przede wszystkim starałam się działać w kierunku zdrowia.

Pamiętam, jak kiedyś pewien ksiądz podczas Spowiedzi, kiedy byłam po wielu dniach ciągłego obżarstwa, powiedział mi, bym spróbowałam spojrzeć na siebie jak na przyjaciela. Wzięłam sobie te słowa mocno do serca. One były dosyć sporym krokiem na mojej drodze do zmiany myślenia.

Oczywiście człowiek powinien kochać siebie, a bez tej miłości nie da się kochać innych ludzi i Pana Boga. Cóż znaczy kochać siebie? Tu się nie chodzi o żaden egoizm, a może kiedyś bardzo temu, tak właśnie o tym myślałam. Nie da się tak jednoznacznie powiedzieć, czym jest taka miłość, jak w ogóle trudno o definicję miłości jako takiej. Jednak kochać siebie, to na pewno znaczy stawać przed sobą w prawdzie - widząc zarówno swoje dobre jak i złe strony. To znaczy troszczyć się o swój wielotorowy rozwój, to znaczy poznawać siebie i chcieć być coraz doskonalszym człowiekiem. To też znaczy - być świadomym, że jest dzieckiem Boga. I patrzeć na siebie oczami Boga. Myślę, że z takiej właściwej miłości własnej zawsze (o ile jest ona prawdziwa) wypływa równocześnie miłość do Boga i ludzi. Nie da się, by tak nie było. 

Być swoim przyjacielem, to brzmi pięknie! Staram się by moje życie było wypełnione taką właśnie przyjaźnią, choć pewnie ciągle mi do tego bardzo daleko, ale wiem, że tylko wtedy - mając takie podejście, da się życie przeżyć pięknie. Teraz patrzę w lustro i nie krzyczę już do siebie "Ty, gruba świnio, kim Ty w ogóle jesteś!", ale mówię "cześć, wiem, że nie jesteś idealna, ale dziś możesz być lepsza niż byłaś wczoraj, Bóg Cię stworzył z miłości, więc nie możesz być żadnym bublem, Twoje ciało jest Jego świątynią".

Na końcu tego wpisu pragnę z serca polecić dobre miejsce w sieci http://www.martynabanasiak.pl/
To blog, na którym można znaleźć bardzo wiele cennych treści, które pomagają w budowaniu właściwego podejścia do jedzenia.

środa, 7 września 2016

Powstrzymać atak

Dziś wróciłam do domu głodna, zmęczona i znudzona.. To  były doskonałe warunki na to, by rzucić się na jedzenie. Tym razem rzeczywiście zjadłam dosyć dużo, trochę byle jak. Kiedy jednak poczułam sytość w żołądku, przestałam jeść. Zrobiłam sobie kawę i siadłam do dalszej pracy.

I właśnie dotarło do mnie, że nauczyłam się powstrzymywać ataki. Tak, wypracowałam w sobie taką umiejętność. Nauczyłam się zmieniać myślenie i podejście do jedzenia. Co zrobiłabym kiedyś?

Kiedyś myślałabym:
,,O rany, co ja zrobiłam! Jak mogłam tak dużo zjeść. Jestem świnią!"
,,Jestem gruba! Od jutra jem mniej i nigdy już nie zjem tak dużo naraz."
,,Skoro zjadłam już tyle, to co to za znaczenie ma, że zjem coś jeszcze. Jutro dieta, więc dziś jeszcze poszaleję."
,,Jestem nienormalna. Dalej się obżeram. Nigdy z tego nie wyjdę."

Teraz myślę:
,,Nic wielkiego się nie stało, że zjadłam trochę więcej. Od jednego dodatkowego posiłku się nie grubnie. Nie ma co panikować."
,,Okej. Miałam chwilę słabości. Muszę być ostrożniejsza i uważniejsza. Wczoraj zjadłam zbyt mało i dziś odezwał się głód."
,,Muszę się bardziej pilnować i dbać więcej o jakość mojego jedzenia."
,,Nie mam się czym przejmować. Wracam do obowiązków. Następny posiłek zjem mniejszy."

W mojej głowie nastąpiła taka zmiana myślenia, ale najważniejsze jest to, że nie męczy mnie już głód emocjonalny. Ustąpił wraz ze zmianą myślenia i szeregiem innych zmian, które się we mnie dokonały. Już nie mam chwil, kiedy ogarnia mnie dziki przymus wpakowania w siebie wielkiej ilości jedzenia. Nie czuję się już jak studnia bez dna. Ale ciągle jestem słaba wobec jedzenia i muszę się pilnować, by nie dopuścić do nawrotu kompulsywnego jedzenia. Z resztą czasami mam wrażenie, że większość ludzi ma słabość do jedzenia. Każdemu człowiekowi, który nigdy nie miał problemów z zaburzeniami odżywiania, zdarzają się chwile, że zje więcej, może nawet do bólu brzucha. A jak jest we święta czy rodzinne uroczystości? Czyż tak nie jest?

Jesteśmy tylko ludźmi, nie wymagajmy od siebie nie wiadomo czego. Owszem w życiu chodzi o to, by stawiać sobie wymagania, by żyć pięknie, by nie być byle jakim. Ale są pewne granice ludzkie, kiedy człowiek musi pogodzić się z faktem, że tak - a nie inaczej został stworzony i nie jest w stanie niektórych rzeczy przeskoczyć, nawet gdy mu się wydaje, że jest.  Moja pycha mnie kiedyś przynaglała, by być inną i jeść jak mało kto, by się głodzić.. No bo kto, ale ja to przecież dam radę, nie?.. no ale. Nie jestem inna. Jestem człowiekiem. Tylko.

 

sobota, 13 sierpnia 2016

Karta z przeszłości

Dzisiejszy świat jako jeden z elementów potrzebnych do szczęścia pokazuje człowiekowi SZCZUPŁĄ SYLWETKĘ. Media kreują ten kanon piękna tak, że dla nastolatek staję się on wręcz wyznacznikiem szczęścia, jednym z wielu albo nawet (jak to możliwe?!) jedynym. Jakby już nic się w życiu nie liczyło, tylko to nasze "opakowanie"... Gorzej jeszcze jeśli szczupła sylwetka nie oznacza wysportowanego zdrowego ciała, ale CHUDE.. będące okazem braku zdrowia... Nic dziwnego, że wiele nastolatek wpada w myślenie typu ,,im chudsza, tym lepsza", skoro tym karmią je media.

Niestety taka jest prawda. Takie są współczesne realia, w których przyszło nam żyć. To wszystko sprzyja zaburzeniem odżywiania, które stały się wręcz masowym problemem wśród młodzieży. Bardzo mnie to boli... Bo wiem, czym jest chorobliwa pogoń za szczupłą sylwetką.. Ciesze się, że mimo to, jest też wielu ludzi, którzy starają się promować zdrowy styl życia i sport. Dobrze, że wielu przestrzega przed negatywnymi skutkami stosowania wszelkich restrykcyjnych diet.

Kiedyś ważyłam 44kg i byłam uzależniona od głodu. Tak. Dziś chcę opowiedzieć o moim epizodzie anorektycznym. Nie chcę twierdzić, że była to taka 100procentowa anoreksja, bo nikt mnie nie hospitalizował, ani też nie chciałam ważyć jak najmniej. W porównaniu do innych przypadków, o których słyszałam, miała ona raczej łagodny przebieg. Jednak swoje przeżyłam w tym czasie i od tego momentu, zaczęły się moje problemy z jedzeniem. Niech ta historia stanie się przestrogą dla wszystkich, którzy postanawiają głodzić się dla szczupłej sylwetki, czy z innego powodu. Choć u mnie zaczęło się inaczej i nie byłam nastolatką, która uległa presji współczesnego świata, to i tak doświadczyłam, czym jest chorobliwa pogoń za chudością. Naprawdę nie warto pakować się to piekło.

WIĘCEJ OD SIEBIE WYMAGAĆ 
Moja historia nie zaczęła się tak, że byłam gruba i chciałam schudnąć. Byłam po stronie mniejszości, tych którzy zaczęli nieco inaczej. Figurę miałam świetną BMI 20. Lubiłam swój wygląd, nigdy na niego nie narzekałam. W pewne wakacje zauważyłam, że kiedy są upały, nie czuję głodu i ciężko mi
cokolwiek zjeść. Dobrze się czułam, kiedy ni stąd ni zowąd zaczęłam mniej jeść i trochę schudłam.
Jednocześnie chciałam coś ulepszyć w swoim życiu. Chciałam więcej od siebie wymagać. Nie znałam zasad zdrowego odżywiania, nie miałam pojęcia o żadnych dietach. Nigdy się tym nie interesowałam, bo nigdy nie chciałam się odchudzać. Postanowiłam ćwiczyć swoją silną wolę i w tym celu mniej jeść. Myślałam o ludziach głodujących i bolało mnie, że tak wielu Europejczyków się obżera, a na drugim końcu świata ludzie głodują. Kiedy ktoś pytał mnie dlaczego nie jem kolacji, mówiłam: ,,nie jestem głodna". Nie było dla mnie żadnym problemem zmniejszyć ilość jedzenia. Starałam sobie wyobrazić jak dobrze byłoby zjeść w ciągu całego dnia tylko to, co zmieści się na dwóch talerzach.

LEPSZY STYL ŻYCIA
Po wakacjach zaczęła się szkoła. Postanowiłam nie brać jedzenia do szkoły. Zaplanowałam sobie, że nie będę kupować żadnych przekąsek w sklepach. Żadnych słodyczy, żadnych bułek i drożdżówek. To wydawało mi się wspaniałym pomysłem na bycie innym od reszty świata. Bycie wyjątkowym i
lepszym. Poza tym cieszyłam się, że będę lepsza dla rodziców, bo nie będą musieli dawać mi
kieszonkowego. Wydawało mi się, że dzięki mnie zaoszczędzą pieniądze. Śniadanie w domu jadłam zawsze. Wiedziałam, że to ważny posiłek w ciągu dnia, że muszę go jeść. Zwykle były to 2-3 kanapki lub jogurt z płatkami i świeżymi owocami. Potem przez wiele godzin nic nie jadłam. Cieszyłam się, kiedy burczało mi w brzuchu. Kiedy widziałam koleżanki jedzące batony czy kanapki, myślałam, że ja robię lepiej, bo nie ubiegam się w życiu za przyziemnymi pragnieniami takimi jak jedzenie i czerpana z niego przyjemność. Czułam, że mi w życiu chodzi o coś innego, że szukam szczęścia wyższego.
Kiedy wracałam do domu, jadłam nieduży obiad i na tym kończyło się moje jedzenie w ciągu dnia. Zwykle między 16 a 7 nic nie jadłam.
Modliłam się w tym czasie dosyć dużo, dbałam o swój duchowy wzrost i miałam wrażenie, że moje ograniczenie jedzenia jest czymś dobrym, jest pewnego rodzaju ascezą, która ma wielką wartość w oczach Boga. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to nie jest droga właściwa. Poza tym nie
myślałam dużo o jedzeniu. Myślałam, że dzięki temu mam więcej przestrzeni w życiu. Moje wygórowane ambicje kazały mi bardzo dbać o naukę, dobre oceny i rozwój moich zainteresowań.
Wkręciłam się w wolontariat i inne dodatkowe zajęcia. 

UZALEŻNIENIE OD GŁODU
Dwa, trzy miesiące takiego życia, spowodowały, że za każdy razem kiedy zjadłam trochę większy obiad, czułam się okropnie. Nie znosiłam uczucia sytości. Nienawidziłem go. Burzenie w brzuchu i trzymanie się swojego planu jedzenia były źródłem mojej ogromnej satysfakcji i dowodem, że jestem SILNA. Moje życie wydawało się być dla mnie naznaczone samymi sukcesami.  Bo przecież robiłam coś niesamowitego - panowałam nad swoimi fizjologicznymi pragnieniami. Na tym etapie jeszcze nie wydawało się to dla mnie trudne, było normalne, naturalne. Mój żołądek bardzo się skurczył. Uwielbiałam kłaść się spać z uczuciem głodu. To był dla mnie wyznacznik udanego dnia. I też nigdy w tym czasie nie działo się inaczej. Nigdy nie jadłam więcej, ani raz nie odstąpiłam od swoich
nawyków. Kiedy ktoś częstował mnie czymś miałam tylko jedno do powiedzenia: ,,nie dziękuję" i nigdy nie dałam sie na nic namówić. Byłam silna. Byłam naprawdę silna. Co ważne, nieustanny
głód, nie był powodem mojego myślenia o jedzeniu. O jedzeniu myślałam na tym etapie stosunkowo mało.

DLACZEGO TAK MAŁO JESZ
Moja rodzina po jakimś czasie zauważyła, że nie biorę nic do jedzenia do szkoły choć długo starałam się trzymać to w tajemnicy. Jednak na nic zdawały się prośby do mnie bym coś ze sobą brała. ,,Nie, nie potrzebuję", ,,Nie, nie jestem głodna, więc po co?"- mówiłam zawsze. Kiedy starali się zmusić 
mnie do jedzenia kolacji, rzucałam podobne hasła. Nikt nie był w stanie mnie zmusić do jedzenia. Ubolewali nad tym, martwili się. Kiedyś dla świętego spokoju, postanowiłam zabierać do szkoły jedną kanapkę. Gdzieś w głowie przebiegła mi myśl, że nie zrobi mi to wielkiej różnicy i może rzeczywiście odrobinkę przesadzam. Zabierałam więc codziennie jedną kanapkę. Kiedy babcia
mówiła: ,,może weźmiesz więcej", nigdy nie dałam się na to namówić.

MOJE CHUDE CIAŁO
Na początku dziwiłam się, że chudnę, bo to był jakby dziwny skutek uboczny. Przecież jadłam. Kalorie, bilans kaloryczny to dla mnie była czarna magia. Poza tym przyzwyczaiłam się do głodu i po jakimś czasie przestałam go odczuwać. Nie czułam, że kosztuje mnie to wiele wysiłku. Jednak po cichu coraz bardziej cieszyłam się z utraconych kilogramów. Kiedy ubrania wydawały mi się luźniejsze, czułam się piękniejsza, bardziej wartościowa. Uwielbiałam przeglądać się w lustrze i podziwiać swoje chude ciało z doskonałymi proporcjami. Wszystko tak cudownie na mnie leżało, że nie mogłam się temu nadziwić. Objęcie mojej ręki tuż nad łokciem całą dłonią przysparzało mi mnóstwo radości  Potem wycieczka do sklepu po nowe spodnie, gdy wszystkie, które miałam w szafie, spadały mi z tyłka.. znowu dostarczyła  mi dowodu mojej niesamowitej przemiany.. Jednocześnie jako chrześcijanka i osoba wierząca, nie chciałam się skupiać na swoim wyglądzie i
starałam się tym pozornie nie cieszyć i jeśli ktoś mówił, że jestem zgrabna mówiłam, i co z tego? Przecież to marność nad marnościami. 

WAGA DOWÓD SIŁY I WARTOŚCI
Po pewnym czasie moja waga zbliżyła się do 45kg. Nigdy nie pomyślałam, ze będę tyle warzyć. Nigdy też nie chciałam. Ale uwielbiałam moją nową figurę i wydawało mi się, że zdobyłam ją przez przypadek. Myślałam - jestem kimś. Jestem niezwykła. Lubiłam masować się po wystających żebrach. Przez długi czas nie ważyłam się często, ale przyszedł dzień, że zaczęłam robić to 
codziennie, ponieważ uwielbiałam ten moment, kiedy moje oczy rejestrowały na wadze tę niską liczbę. Potrzebowałam codziennie tego dowodu mojej wewnętrznej siły - w postaci odpowiednio niskiej liczby na wadze. Czułam się jakbym dokonała czegoś niezwykłego, a o czym nawet nie śniłam.

ODROBINA STRACHU
Czasami jednak wzięło mnie na refleksję, co się dzieje z moim życiem.. Kiedy waga po kolejnych
miesiącach spadłą poniżej 45kg.. zaczęłam się bać. Nie, nie mogę ważyć mniej. Kiedy rodzice po raz kolejny interweniowali w moje zachowanie - i próbowali zmusić do zjedzenia bułki po szkole przed obiadem, nie potrafiłam. Chciałam być posłuszną córką, jaką starałam się być we wszystkich innych sytuacjach, ale nawet ogromna chęć bycia dobrą, posłuszną córką dla swoich wspaniałych rodziców i niechęć ich denerwowania i martwienia, były słabsze od mojego pragnienia kontynuowania swoich nawyków żywieniowych. Nieraz były łzy. Ciągłe pytania dlaczego nie chcesz jeść. W końcu postanowiłam jeść trochę więcej, bo rzeczywiście sama zaczęłam się bać, swojego zachowania, choć była to bardzo trudne, bo wyrzuty sumienia były ogromne.
Dorzuciłam jabłko i inne owoce do swoich posiłków w szkole oraz jadłam troszkę więcej na obiad.
Jednak nadal była to bardzo mała ilość kalorii. Moje ciało głodowało, a ja byłam uzależniona od głodu. Czasami by nie słyszeć od rodziców po raz kolejny: ,,jak możesz nic nie jeść od 16 do 7 rano"?! Opóźniałam godzinę jedzenia obiadu do 17 lub 18... Czekałam na tę godzinę z zegarkiem w ręku. Pamiętam jak wujek przypadkiem powiedział: ,,czy ona nie ma anoreksji?". Zabolało mnie to choć nigdy przenigdy tak nie pomyślałam. A w mojej głowie krążyły liczne argumenty, które stały się dla mnie osobistym potwierdzeniem, że nie jestem anorektyczką, że to nie mój problem. Myślałam, że przecież wiem, czym jest anoreksja. Nigdy nie postanowiłam sobie głodować. Nie chciałam się odchudzać. Przecież jem, więc nie mogę jej mieć. Że absolutnie nie mogę jej mieć i nie mam. No bo jak to ja? Przecież nie byłam nigdy nastolatką, która ubiegała się za swoimi wyglądem. Nigdy. Nie dbałam szczególnie o swój ubiór. Przez długi czas myślałam w ten sposób. Okłamywałam siebie. Nie rozumiałam tego, co robię, albo też nie chciałam się przyznać sama przed sobą. Z każdym dniem moja radość z utraconych kilogramów mieszała się ze strachem przed tym, co się ze mną dzieje.
STAŁY PUNKT
W pewnym momencie moja waga przestała spadać, gdzieś na granicy 43-44kg. Cieszyłam się, że już nie chudnę, bo to uspokoiło mój strach przed tym, że nie wiem, co jest ze mną grane. Jednak nadal byłam uzależniona od głodu, z którego odczuwania czerpałam satysfakcję. Gdy pojawił się jakiś wyjazd, wycieczka czy spotkanie ze znajomymi zawsze moją główną troską było - jak wymigać się od jedzenia. Jak usprawiedliwić to, że nie chcę jeść. Co zrobić, by nie pomyśleli, że się odchudzam.
Zawsze mi się to udawało. Nie istniało dla mnie jedzenie po 18. Nie istniało jedzenie dla przyjemności. Jedynie skromne racje miały w moim rozumowaniu mi wystarczać.

NATRĘTNE MYŚLI
Nie chciałam myśleć o jedzeniu, ponieważ uważałam, że nadmierne myśli o jedzeniu to grzech - to 
pogoń za pożądliwościami ciała. Uważałam to za wielkie zło. W tym czasie nigdy nie nękały mnie pokusy jedzenia, jedzenia więcej niż sobie założyłam czy zjedzenia czegokolwiek dla czystej przyjemności.
Kiedyś przyszedł moment, że zorientowałam się, iż moje myśli zbyt często skoncentrowane są wokół jedzenia - tego co, kiedy i ile jem. Zmartwiło mnie to tak bardzo, ze czułam z tego powodu wielkie wyrzuty sumienia oraz pewną bezsilność, gdyż w żaden sposób nie potrafiłam tych myśli od siebie odgonić. Z czasem ich intensywność rosła, a ja coraz bardziej źle się z nimi czułam. Gdy zasypiałam, myślałam nieustannie o śniadaniu. Mój głodny żołądek karmił się samym wyobrażeniem o momencie spożywania posiłku. Kombinowałam, co zjem, kiedy rano się obudzę. Przeliczałam, co jest bardziej dietetyczne, na co mogę sobie
pozwolić. Potem w szkole po swoim skromnym śniadaniu rozpoczynała się nowa faza myślenia - teraz w głowie miałam kanapkę. Tę jedyną kanapkę, którą zapakowałam sobie do plecaka. Tylko ja, nikt inny, mogłam sobie ją przygotowywać. Nikomu nie wolno było zdecydować o tym, jaki skład będzie zawierać, tylko mnie. Gdyby ktoś z rodziny kazał mi zjeść kanapkę grubo posmarowaną 
tłuszczem, zaczęłabym się kłócić. Teraz ta kanapka zajmowała centralne honorowe miejsce w mojej głowie. Z wielką niecierpliwością czekałam na wyjątkowy, wręcz uroczysty moment zjedzenia jej. To tylko chwilowa ulga dla mojego zgłodniałego ciała. Potem zaczynał się etap równie trudny - wyczekiwanie obiadu. Czasami aż do godziny 18. Maszerując po szkole na autobus, czułam słabość, a jednocześnie lekkość z jaką poruszało się moje ciało. Byłam kimś lekkim.. Jak motyl, który zawsze był moim ulubionym zwierzęciem - symbolem piękna. Czy ten motyle, które zawsze jako mała dziewczynka lubiłam łapać na łące, były teraz spełnieniem moich podświadomych marzeń?
Nawet siadając w autobusie na fotelu, obserwowałam swoje chudziutkie nogi. Każde spojrzenie na nie było przyjemne i dodawało siły, gdy pożerały mnie myśli o jedzeniu. Gdy dotarłam do domu,
kolejnym momentem chwilowej ulgi był obiad. A potem znowu faza wyczekiwania na kolejny posiłek. I ogromna ilość czasu na obmyślanie, co zjem na śniadanie. I tak mijały kolejne dni pod znakiem wiecznego oczekiwania na jedzenie. Wiecznego oczekiwania, na które nie chciałam się doczekać. Intensywność myśli o jedzeniu przerażała mnie coraz bardziej. Zaczęłam nazywać je 
pokusami, które wcześniej w ogóle mnie nie nachodziły.

FIZYCZNE DOLEGLIWOŚCI
Byłam zmarzluchem. Ogromnym. Ciągle było mi zimno. Często miewałam dziwne dreszcze z zimna, które nigdy nie chciały przejść. Pewnego razu, gdy przez dwa dni prawie nic nie jadłam, stałam w kościele na Mszy i miałam wrażenie, że naprawdę zaraz zemdleję i domniemam, że naprawdę byłam wtedy tego bliska... Chwilami czuła, że odchodzą ze mnie moje fizyczne siły. Gdy siedziałam na twardym krześle, zawsze bolał mnie tyłek. Czułam kości. Gdy przez pewien czas miałam w zwyczaju wieczorami ćwiczyć na dywanie, poobdzierałam sobie kości biodrowe, które bardzo mi
wystawały. Leżenie na twardej powierzchni sprawiało mi ból.

PRZEŁOM
Nie wiem, co było głównym powodem mojego postanowienia zmiany. Może wizyta u lekarza i nakaz przytycia do 48kg? Ciągłe interwencje rodziców? Mój strach przed natrętnymi myślami o jedzeniu? Uwagi znajomych o tym, że zmizerniałam? Obawa, że rzeczywiście mogę mieć anoreksję? Sama nie wiem. Być może kumulacja wszystkich tych czynników. Długo walczyłam ze sobą by zechcieć coś zmienić. Powoli dorzucałam małe porcje jedzenia. Czasami naprawdę ciężko, było mi zjeść cokolwiek więcej, bo od razu odzywały się wielkie wyrzuty sumienia, a jednocześnie nękało mnie poczucie winy z powodu samych myśli o jedzeniu podczas głodzenia. Obłęd. Ani w lewo ani w prawo. Nieraz bardzo musiałam się zmuszać i przekonywać by zjeść bułkę, która zrobiła mi mama. Zjadłam, bo chciałam, a jednocześnie nie chciałam. Czułam się winna. Z czasem, gdy zaczęłam trochę więcej jeść, by uciszyć wyrzuty sumienia, rozpoczęłam wieczorami ćwiczyć. Prawdą jest, ze nie tylko wyrzuty sumienia były powodem, bo poprawa kondycji również oraz jakaś chęć udoskonalenia kolejnej sfery życia. 
Pewnego dnia postanowiłam przytyć do 48kg. Waga ta wydała mi się idealna. Taka w sam raz - niedowaga, którą można jeszcze tolerować. Jednocześnie pojawiła się radość, której długo w sobie nie czułam. Radość, że mogę jeść. W końcu mogę jeść.

NIEBEZPIECZNE MYŚLENIE
Główna myśl, która w tym czasie przewijała mi się w świadomości to: ,,jestem chuda, więc mogę jeść". W poczuciu celu przytycia, stwierdziłam, że mogę jeść słodycze. Jedzenie zaczęło mi smakować, tak jak jeszcze nigdy. Mój wygłodniały mózg, był szczególnie wrażliwy na odbieranie bodźców zmysłu smaku. Aby udowodnić rodzinie, że nie jestem anorektyczką z radością zjadałam przy nich słodkości oraz większe porcje jedzenia. To samo robiłam przy znajomych. Chciałam pokazać wszystkim, że to, o co mnie przez tak długi czas podejrzewali nie jest prawdą. Ze się mylą, a tylko ja znam i rozumiem prawdę. Gdy dotarłem do 48kg jednocześnie cieszyłam się i czułam tęsknotę  za liczbą 45. Ale powiedziałam sobie STOP. Nie mogę mieć ani kilograma więcej.

BRAK KONTROLI
Czasami nie umiałam ocenić ile tak naprawdę mogę jeść, ale nie chciałam dużo. Chwilami moje porcje jedzenia robiły się niebezpiecznie duże. Kanapka za kanapką, kawałek za kawałkiem... Nie mogłam przestać. Jedzenie dawało uczucie ulgi, ukojenie, wrażenie bezpieczeństwa.. Chciałam trwać w tym stanie, ale kiedy wracała mi świadomość, trawiły mnie wyrzuty sumienia. Zaczęłam się przerażać dlaczego jem tak dużo. Dalsze przytycie było rzeczą, z którą za nic w świecie nie umiałam bym się pogodzić. Zorientowałam się, że czasami nie mam panowania nad ilością zjedzonego jedzenia, tak jak kiedyś. Chciałam zjeść 2 kanapki, ale zjadałam 4 czy 6... aż doszło do tego, że byłam w stanie zjeść cały bochenek chleba. Nie potrafiłam zaakceptować i w żaden sposób zrozumieć, dlaczego nie potrafię nad tym panować. Miałam wrażenie, że utraciłam poczucie mojej
wewnętrznej siły, którą czerpałam z ścisłego trzymania się planu jedzenia i głodowania.
Nadeszły dni, że jadłam do ogromnego bólu żołądka. Po każdym takim incydencie zwijałam się z bólu i w przerażeniu powtarzałam sobie: ,,to był ostatni raz".
Gdy moja waga doszła do 50kg zaczęłam nazywać siebie grubą. I wtedy pojawiła się chęć schudnięcia do idealnych 48kg. Płakałam, że nie mieszczę się w swoje ulubione spodnie. Bałam się wyjść do ludzi, bo miałam wrażenie, że zorientują się, że przytyłam. Przytycie i cyfra 5 z przodu mojej wagi to była dla mnie oznaka porażki. Przymus schudnięcia owładnął moje myśli.

NIEWYGODNE CIAŁO
Znienawidziłam swoje ciało. Już nie było idealnie chude. Zaczęłam nosić luźne bluzki, aby ktoś przypadkiem nie zobaczył minimalnej fałdki na moim brzuchu. Chciałam jeść... Uwielbiałam jeść, a jednocześnie nienawidziłam. Pragnęłam schudnąć.
Ataki obżarstwa zdarzały się coraz częściej i co gorsza były coraz większe. Z czasem przestały być również jednorazowymi wyskokami, ale trwającymi kilka dni, ciągami. Moje samopoczucie sięgało
dna. Poczucie winy, bezsilności było wszechogarniające. W krótkim czasie bardzo przytyłam. W 
jeden miesiąc 5 kg i kolejne 5 w następny. Byłam zrozpaczona. Ciało, które było dla mnie tak potężne jak nigdy, bolało mnie. Było niewygodnym mieszkaniem, w którym musiałam żyć. Nie mogłam znieść czucia skóry, która była gruba jak nigdy. Uczucie ocierania nóg o siebie jak dotąd mi obce, wprawiało mnie w obrzydzenie. Byłam kluską, grubasem.

MUSISZ SCHUDNĄĆ
Głośna myśl, krzyczące myśl, nakazująca mi wydobycie się ze stanu w jakim tkwiłam, nawoływała wciąż do schudnięcia. Nakazywała powrót do dawnych czasów chudości.
Ukształtowała we mnie największe marzenie o powrocie do doskonałego ciała. Nic nie było ważniejsze, jak to. Zaczęłam intensywnie interesować się tematem, o którym wcześniej nie miałam pojęcia. ODCHUDZANIE. KALORIE. DIETY. Godziny i dnie spędzone przy przeszukiwaniu internetu, aż wydawało mi się, że wiem wszystko. Czas mierzyłam w kilogramach. Jeden tydzień równałam z jednym kilogramem w dół. I tak oto naprzemiennie obżerałam się z niskokalorycznymi dietami. Mój organizm doznawał szoku. Gdy w jakiś jeden dzień coś nie poszło z jedzeniem, przekreślałam go ulegając myśleniu, że dziś już stracone i zacznę od jutra. Wtedy dawałam sobie przyzwolenie na obżarstwo, aby na chwile zapomnieć o nurtujących mnie wyrzutach sumienia.

WALKA DWÓCH PRAGNIEŃ
Jeść. Nie jeść. Jeść. Nie jeść. I tak w kółko.
Zostawianie samemu w domu prawie zawsze kończyło się obżarstwem. Jadłam byle co, byle jak. Zupełna dzikość. Dziwna mieszanka smaków, których po parunastu minutach ciągłego jedzenia przestawałam zupełnie czuć. Jadłam bo czułam przymus. Bo na samą chwile jedzenia, nie bolało. Bo na tę chwile przestawałam myśleć o wszechogarniających wyrzutach sumienia.

KOMPULSYWNE JEDZENIE
Potem przyszły dni, kiedy z powodu ataków obżarstwa, zdarzyło mi się nie iść do szkoły. Często żarłam w drodze do szkoły, odwiedzając wszystkie możliwe sklepy. Zamykałam się w szkolnej toalecie z paczka słodyczy. Czekoladę jadłam jak batony. Jedna po drugiej. W tej chwili nieważne było, ze właśnie zaczęły się już lekcje. Nieważne było, że był sprawdzian. Ja musiałam jeść...
Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Nie widziałam drogi wyjścia. Czasami potrafiłam cały dzień przepłakać. Nienawidziłam swojego ciała. Nie widziałam w sobie żadnego piękną, bo nie byłam już szczupła. W domu były kłótnie, płacze, krzyki, niezrozumienie, ciągle pretensje. Co Ty wyprawiasz? Każdy dzień był walką i zaczynał się pytaniem - czy dziś dam radę wytrzymać? Żyłam w ciągłym strachu - że się znowu najem - że nie pójdę do szkoły. Że rodzice się dowiedzą. Że nie będę potrafiła im wytłumaczyć dlaczego. Przyszedł dzień, kiedy byłam pewna, że jedyne co mogę zrobić, to iść do szpitala na leczenie.

Uzależniłam się od objadania. Z jednej skrajności wpadłam w drugą.

Dziś wiem, że obie te choroby są równie wyniszczającej psychicznie i fizycznie.
Obie w pewnym momencie niszczą całe twoje życie. Nie warto. Nie warto. Nie warto. Nie warto. Nie warto. Nie warto. NAPRAWDĘ nie warto!

wtorek, 16 lutego 2016

Drobinki szczęścia

Czasami wracam do wpisów na tym blogu, by przypomnieć sobie, co kiedyś przeżywałam. Te wpisy są jak podróż w bardzo dobrze znaną mi krainę, w której mnie już nie ma.

Zaburzenia odżywiania były prawdziwą lekcją jaką dostałam od życia. Nauczyły mnie, że zawsze warto walczyć I nie wolno się poddawać. Najgorsze momenty choroby doprowadzały mnie zawsze to nadziei, choć kruchej i małej, ale zawsze nadziei, która to NADZIEJA pochodziła od Boga.
Poza lekcją wytrwałości dostałam jeszcze jedną lekcję. Nauczyłam się postawy, by nie analizować zbytnio życia, tylko działać z tym co się ma, wystartować z takiego miejsca w jakim się jest. Nauczyłam się cieszyć z małych rzeczy i małych kroczków jakie stawiam w drodze do swoich marzeń.

Mam przed sobą sporo marzeń - tych drobnych, drobniutkich, jak i bardziej wielkich. Myślę, źe warto o nie walczyć. Nie wiem, ile z nich się spełni. Nieważne. Ważne jest dla mnie by działać, by nie dawać się pokusie rozmyślania, że życie nie jest takie jakie bym chciała. Tak wiele rzeczy w życiu jest tajemnicą, nie warto analizować dlaczego. Nigdy nic nie będzie idealne. Nigdy ja nie będę idealna. Warto cieszyć się właśnie tą nieidealnością i drobinkami szczęścia, które spadają na nas każdego dnia. Moja praktyka ostatnio, to wypisywanie każdego dnia wieczorem rzeczy, za które jestem Panu Bogu wdzięczna minionego dnia. 

A jakie są te drobinki szczęścia?
- ktoś się do mnie uśmiechnął
- mogłam wybrać się na spacer
- góry za oknem wyglądają pięknie
- porozmawiałam z koleżanką
- przeczytałam dobrą książkę
- niespodziewanie spotkałam na ulicy starego dobrego znajomego
..

Jeśli chcemy cokolwiek zmienić w życiu, musimy zacząć od zmiany myślenia.