Dziś wstaję patrzę - słonko tak pięknie świeci. Otwieram okno, a świeże powietrze o lekkim zapachu wiosny, dociera do moich płuc... Pięknie jest żyć, mieć kolejne 24h życia - myślę sobie. Dziś będzie piękny dzień - tyle cudownych rzeczy mnie czeka. Zjem dobre śniadanko i lecę na trening. Potem trzeba spotkać się z ludźmi, porozmawiać, poczytać coś interesującego, posiedzieć w książkach, popracować. I pokontemplować przed Bogiem.
Odrzucam daleko od siebie to przytłaczające POCZUCIE WINY - proszę Boga, żeby je zabrał. Jestem uzależniona - dobrze to wiem, ale nie muszę się za to karać.
Odrzucam PRZYMUS ODCHUDZANIA, pokusę, by stanąć na wadze i wpatrywać się w te cyferki, które przecież rzekomo świadczą o mojej wartości.
Odrzucam WSTRĘT DO SIEBIE. Patrzę na moje piękne mięśnie na łydkach. Myślę, o tym, że moje ciało jest F-R-A-K-T-A-L-E--M!!!
Chcę po raz kolejny wyciągnąć wnioski z tego, co się stało. Zobaczyć swoje błędy i pomyśleć nad tym, co mogę jeszcze zrobić, żeby o kolejną milę oddalić się od zniewolenia swej duszy niewłaściwym traktowaniem jedzenia.
Dziś kontempluję sobie nad Psalmem 139:
,,Przejrzałeś mnie, Panie, i znasz mnie,
znasz mnie, gdy siadam i kiedy wstaję,
przenikasz z daleka moje myśli.
(...)
Tyś bowiem ukształtował nerki moje,
utkałeś mnie w łonie mej matki.
Sławię Cię, że przedziwnie zostałem stworzony,
że przedziwne są dzieła rąk Twoich,
a dusze moją znasz dogłębnie.
(...)
Badaj, o Boże, i poznaj moje serce,
poddaj mnie próbie, poznaj moje zamierzenia,.
Zobacz, czy nie znajduję się na drodze zagłady,
prowadź mnie drogą odwieczną."
piątek, 28 lutego 2014
środa, 26 lutego 2014
Chcica
Dziś był dzień obżarstwa. Tak, to prawda. Pokusy walczyły o mnie, a ja dałam się zwieść. Kilka błędów w tym głównie rezygnacja z wieczornych ćwiczeń stała się przyczyną mojego napchania brzucha do granic możliwości. Owszem, nie będę tragizować, bo oczywiście bywało gorzej.
Teraz gdy rzuciłam słodycze i na razie nie powróciłam do ich jedzenia (daj Boże jak najdłużej!), moim najsłabszym punktem jest pieczywo, choć wcześniej też było. Wszelkiego rodzaju pieczywo. Bardzo rzadko się zdarza, że zjadam je w normalnych ilościach. Całkowite odstawienie go byłoby łatwiejszą drogą. Jednak ciągle próbuję nauczyć się je jeść z umiarem, ponieważ wiem, iż jest zdrowe i zdaję sobie sprawę, że to podstawowy element diety w naszej kulturze europejskiej. Jednak mam dylemat, jak rzeczywiście traktować pieczywo.
Mój mózg, moje myśli, moja głowa wołają jednym wielkim głosem J-E-Ś-Ć !!!!. Mam chcicę - wielką chcicę na żarcie, by sobie dogodzić - zrobić wszystko dla tych kilku sekund i minut poczucia ulgi, zaspokojenia, rozkoszy.. By się obeżreć do granic mojej fizycznej możliwości... I nieważne, że już czuję się jak wypchany balon.
A w międzyczasie tyle ludzi na świecie głoduje...
Teraz gdy rzuciłam słodycze i na razie nie powróciłam do ich jedzenia (daj Boże jak najdłużej!), moim najsłabszym punktem jest pieczywo, choć wcześniej też było. Wszelkiego rodzaju pieczywo. Bardzo rzadko się zdarza, że zjadam je w normalnych ilościach. Całkowite odstawienie go byłoby łatwiejszą drogą. Jednak ciągle próbuję nauczyć się je jeść z umiarem, ponieważ wiem, iż jest zdrowe i zdaję sobie sprawę, że to podstawowy element diety w naszej kulturze europejskiej. Jednak mam dylemat, jak rzeczywiście traktować pieczywo.
Mój mózg, moje myśli, moja głowa wołają jednym wielkim głosem J-E-Ś-Ć !!!!. Mam chcicę - wielką chcicę na żarcie, by sobie dogodzić - zrobić wszystko dla tych kilku sekund i minut poczucia ulgi, zaspokojenia, rozkoszy.. By się obeżreć do granic mojej fizycznej możliwości... I nieważne, że już czuję się jak wypchany balon.
A w międzyczasie tyle ludzi na świecie głoduje...
wtorek, 18 lutego 2014
Rozmawiać ze sobą
Dziś moje przemyślenia o pokusie i dialogu z samym sobą.
W obliczu pokusy w naszej głowie toczy się WALKA MYŚLI. Słyszymy głos skłaniający nas do złego - podsuwający nam niedobre dla nas rozwiązania, które to mogą stać się okazją do grzechu lub jego początkiem. Równocześnie słyszymy głos dobra, rozsądku, który jest jakby przeciwstawnym biegunem w naszej głowie. Nasz umysł zostaje zasypany różnymi argumentami. My sami formułujemy nasze zdanie, które w ostateczności doprowadza nas do podjęcia decyzji, oscylując między dobrem a złem - między jednym i drugim sposobem patrzenia na daną kwestię. W samym momencie tej walki jesteśmy jakby zawieszeni w czasie, który zdaje się istnieć tylko dla podjęcia tej decyzji.
Sama walka jest bolesna, mniej lub bardziej. Walka z nałogiem przypomina prawdziwą wojnę. Zły głos dobrze nas zna i wie jakich argumentów użyć, aby nasze zdanie było z nim tożsame.
Nie mogę ocenić, co tak naprawdę jest głosem dobra, a zła. Rzecz jasna, ale przytoczę tu jedną z częstych rozmów, która toczy się w mojej głowie, odpowiednio nazywając głos pokusy i rozsądku.
P-pokusa
R-rozsądek
J-ja
P: Zjedz kanapkę!
J: Hm...
R: Ale czy jesteś głodna?
J: Nie. Niedawno zjadłam śniadanie.
P: Ale to tylko jedna kanapka.
R: Ej, przecież nie powinnaś jeść jak, nie jesteś głodna, prawda?
P: Przecież potrafisz poprzestać na jednej!
J: Hm..
R: Pamiętaj, że jesteś słaba względem jedzenia! Nigdy nie kończy się na jednej kanapce!
P: Będzie pysznie! Na chwilę przyjemności każdy sobie powinien pozwolić!
J: Nie mogę. Jestem słaba. Może zjem jabłko.
P: Ale przecież potem pójdziesz na trening, więc wszystko spalisz. Zjedz!
J: No dobra. jedną mogę zjeść..
P: A może jeszcze jedną? Co za różnica. Jedna kanapka. Wiesz już jakie to przyjemne, pyszne..
R: Przestań!!! Pamiętaj, że nie możesz więcej! Wyjdź z kuchni! Nie możesz!
J: Jeszcze jedną mogę. Ale to już ostatnia.. Naprawdę ostatnia.
...
P: Skoro pozwoliłaś sobie już na tyle, to co za różnica ile teraz rzeczywiście zjesz.
R: Ej opanuj się! Pamiętasz przecież jak czujesz się po ataku obżarstwa?! Szanuj swojego zdrowia.
...
Myślę, że warto być świadomym tego dialogu, który dzieje się w naszej głowie. Wtedy na pewno łatwiej wygrywać z pokusą.
Kiedy chodziłam do psychologa, pamiętam jak mówiono mi o potrzebie dokładnej analizy swoich myśli - ROZMAWIANIU ZE SOBĄ. I w obliczu pokusy zadawaniu sobie pytań typu:
- Czy jestem głodna?
- Dlaczego chcę jeść, skoro nie jestem głodna?
- Jak będę się czuć po ataku?
Wiele bitew można przegrać. Alenaszym zadaniem jest wygrać wojnę.
W obliczu pokusy w naszej głowie toczy się WALKA MYŚLI. Słyszymy głos skłaniający nas do złego - podsuwający nam niedobre dla nas rozwiązania, które to mogą stać się okazją do grzechu lub jego początkiem. Równocześnie słyszymy głos dobra, rozsądku, który jest jakby przeciwstawnym biegunem w naszej głowie. Nasz umysł zostaje zasypany różnymi argumentami. My sami formułujemy nasze zdanie, które w ostateczności doprowadza nas do podjęcia decyzji, oscylując między dobrem a złem - między jednym i drugim sposobem patrzenia na daną kwestię. W samym momencie tej walki jesteśmy jakby zawieszeni w czasie, który zdaje się istnieć tylko dla podjęcia tej decyzji.
Sama walka jest bolesna, mniej lub bardziej. Walka z nałogiem przypomina prawdziwą wojnę. Zły głos dobrze nas zna i wie jakich argumentów użyć, aby nasze zdanie było z nim tożsame.
Nie mogę ocenić, co tak naprawdę jest głosem dobra, a zła. Rzecz jasna, ale przytoczę tu jedną z częstych rozmów, która toczy się w mojej głowie, odpowiednio nazywając głos pokusy i rozsądku.
P-pokusa
R-rozsądek
J-ja
P: Zjedz kanapkę!
J: Hm...
R: Ale czy jesteś głodna?
J: Nie. Niedawno zjadłam śniadanie.
P: Ale to tylko jedna kanapka.
R: Ej, przecież nie powinnaś jeść jak, nie jesteś głodna, prawda?
P: Przecież potrafisz poprzestać na jednej!
J: Hm..
R: Pamiętaj, że jesteś słaba względem jedzenia! Nigdy nie kończy się na jednej kanapce!
P: Będzie pysznie! Na chwilę przyjemności każdy sobie powinien pozwolić!
J: Nie mogę. Jestem słaba. Może zjem jabłko.
P: Ale przecież potem pójdziesz na trening, więc wszystko spalisz. Zjedz!
J: No dobra. jedną mogę zjeść..
P: A może jeszcze jedną? Co za różnica. Jedna kanapka. Wiesz już jakie to przyjemne, pyszne..
R: Przestań!!! Pamiętaj, że nie możesz więcej! Wyjdź z kuchni! Nie możesz!
J: Jeszcze jedną mogę. Ale to już ostatnia.. Naprawdę ostatnia.
...
P: Skoro pozwoliłaś sobie już na tyle, to co za różnica ile teraz rzeczywiście zjesz.
R: Ej opanuj się! Pamiętasz przecież jak czujesz się po ataku obżarstwa?! Szanuj swojego zdrowia.
...
Myślę, że warto być świadomym tego dialogu, który dzieje się w naszej głowie. Wtedy na pewno łatwiej wygrywać z pokusą.
Kiedy chodziłam do psychologa, pamiętam jak mówiono mi o potrzebie dokładnej analizy swoich myśli - ROZMAWIANIU ZE SOBĄ. I w obliczu pokusy zadawaniu sobie pytań typu:
- Czy jestem głodna?
- Dlaczego chcę jeść, skoro nie jestem głodna?
- Jak będę się czuć po ataku?
Wiele bitew można przegrać. Alenaszym zadaniem jest wygrać wojnę.
piątek, 7 lutego 2014
Strach przed jedzeniem
Zwykle gdy jestem sama i muszę zjeść posiłek, boję się, Najbardziej lękam się dni, kiedy wiele godzin muszę sama przesiedzieć w domu, w którym jest lodówka z jedzeniem.
Dziś też się bałam. Poszłam zjeść śniadanie. Chciałam takie jak zawsze bez dodatków, dokładek. Nie czułam jakiegoś przymusu jedzenia - jak to kiedyś bywało, drgawek, dyskomfortu psychicznego nie do zniesienia - ale jedynie strach. Strach przed sobą. Przed potencjalnym atakiem obżarstwa. Strach ten naprawdę był wielki. I w końcu nastąpił atak. I chyba właśnie z tego strachu...
Dziś też się bałam. Poszłam zjeść śniadanie. Chciałam takie jak zawsze bez dodatków, dokładek. Nie czułam jakiegoś przymusu jedzenia - jak to kiedyś bywało, drgawek, dyskomfortu psychicznego nie do zniesienia - ale jedynie strach. Strach przed sobą. Przed potencjalnym atakiem obżarstwa. Strach ten naprawdę był wielki. I w końcu nastąpił atak. I chyba właśnie z tego strachu...
niedziela, 26 stycznia 2014
Sport dobry na wszystko
Już nieraz pisałam o tym, że sport jest moją podstawą w walce z zaburzeniami odżywiania. Nikomu nie trzeba tłumaczyć dlaczego warto się wiele ruszać. Tak już jest, że organizm człowieka rządzi się pewnymi prawami i zostać
tak stworzony przez Boga, że potrzebuje pewnej dawki aktywności fizycznej, by dobrze
funkcjonować. Warto korzystać z tych narzędzi, które mamy na wyciągnięcie ręki, rozpoczynając przygodę ze sportem.
Tak właśnie myślę, że Bóg dał mi sport jako narzędzie walki. A wiadomo, że aby odnosić sukcesy w walce z pokusami muszę dać z siebie dużo wysiłku. Ten oto uwalniam na treningach. Tym samym szlifuję silną wolę, cierpliwość, wytrwałość, systematyczność. To się nazywa doskonalenie duszy. W dodatku patrzę bardziej optymistycznie na świat (wiadomo endorfiny). I uwaga inaczej postrzegam swoje ciało - mam większy szacunek do niego. Mogę się zachwycić swoją własną anatomią, tym co moje ciało potrafi, choć po ostatnim ataku nazywałam go "grubą świnią"... Ponadto aspekty fizyczne: zdrowie - właśnie czuję się zdrowo! Mam dobrą kondycję, która naprawdę jest w życiu bardzo cenną sprawą. Mam przecież dużo miłości dać światu, a do tego potrzebuję sprawnej maszyny - swojego ciała, by dotrzeć do ludzi mieć siły, by zrobić to, co do mnie należy.
Właściwie dzięki chorobie mam nową pasję - BIEGANIE, które jest sportem niezwykłym. Nieraz właśnie najlepszym lekarstwem dla ludzi uwikłanych w nałogi, czy różne choroby fizyczne i psychiczne. Nieraz długi bieg było dla mnie ratunkiem przed kolejnym dniem w "objęciach jedzenia" i płaczem z poduszką w ręku. Często wychodziłam na trening z ogromnym psychicznym bólem, który uśmierzały przebiegnięte kilometry, a będąc te kilkadziesiąt minut sam na sam ze sobą, słyszałam w sercu natchnienia od Boga - pojawiała się nadzieja.
Bardzo często trening zabija mój przymus jedzenia. Zabiera niepotrzebne emocje, które mogą doprowadzić mnie do ataku obżarstwa. Jest doskonałą chwilą na odpoczynek i oderwanie się od spraw codziennych.
W okresie anorektycznym ćwiczyłam ze strachu przed przytyciem. Nieraz resztkami sił wygłodzonego organizmu robiłam przysiady. Był też czas, że wychodziłam biegać, wyliczając ciągle jak to robić, by dzięki temu jak najwięcej i jak najszybciej schudnąć.
Teraz biegam i ćwiczę z pasji, widząc całą gamę korzyści jaką aktywność fizyczna wnosi do mojego życia.
Tak właśnie myślę, że Bóg dał mi sport jako narzędzie walki. A wiadomo, że aby odnosić sukcesy w walce z pokusami muszę dać z siebie dużo wysiłku. Ten oto uwalniam na treningach. Tym samym szlifuję silną wolę, cierpliwość, wytrwałość, systematyczność. To się nazywa doskonalenie duszy. W dodatku patrzę bardziej optymistycznie na świat (wiadomo endorfiny). I uwaga inaczej postrzegam swoje ciało - mam większy szacunek do niego. Mogę się zachwycić swoją własną anatomią, tym co moje ciało potrafi, choć po ostatnim ataku nazywałam go "grubą świnią"... Ponadto aspekty fizyczne: zdrowie - właśnie czuję się zdrowo! Mam dobrą kondycję, która naprawdę jest w życiu bardzo cenną sprawą. Mam przecież dużo miłości dać światu, a do tego potrzebuję sprawnej maszyny - swojego ciała, by dotrzeć do ludzi mieć siły, by zrobić to, co do mnie należy.
Właściwie dzięki chorobie mam nową pasję - BIEGANIE, które jest sportem niezwykłym. Nieraz właśnie najlepszym lekarstwem dla ludzi uwikłanych w nałogi, czy różne choroby fizyczne i psychiczne. Nieraz długi bieg było dla mnie ratunkiem przed kolejnym dniem w "objęciach jedzenia" i płaczem z poduszką w ręku. Często wychodziłam na trening z ogromnym psychicznym bólem, który uśmierzały przebiegnięte kilometry, a będąc te kilkadziesiąt minut sam na sam ze sobą, słyszałam w sercu natchnienia od Boga - pojawiała się nadzieja.
Bardzo często trening zabija mój przymus jedzenia. Zabiera niepotrzebne emocje, które mogą doprowadzić mnie do ataku obżarstwa. Jest doskonałą chwilą na odpoczynek i oderwanie się od spraw codziennych.
W okresie anorektycznym ćwiczyłam ze strachu przed przytyciem. Nieraz resztkami sił wygłodzonego organizmu robiłam przysiady. Był też czas, że wychodziłam biegać, wyliczając ciągle jak to robić, by dzięki temu jak najwięcej i jak najszybciej schudnąć.
Teraz biegam i ćwiczę z pasji, widząc całą gamę korzyści jaką aktywność fizyczna wnosi do mojego życia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)