piątek, 31 października 2014

Przemiana trzech sfer

Aby odzyskać równowage w jedzeniu potrzeba wiele czasu. Warto cieszyć się z małych kroków , które stawia się na tej drodze. Przemiana odbywa się na wszystkich trzech płaszczyznach - psychicznej, duchowej i fizycznej. 

PSYCHIKA
Potrzeba przemiany myśli, rozprawienia się z niezdrowymi schematami myślowymi, oczyszczenia umysłu z natręctw myślowych i uniezależnienia swoich emocji od jedzenia. Potrzeba innego spojrzenia na samą kwestię jedzenia. Opanowania strachu przed jedzeniem i oswojenia z nowymi sytuacjami. Czasami przekierowania myśli na inne tory - pozbycia się ciągłego zaprzątania głowy jedzeniem i wszystkim, co z nim związane. Pozbycia się patrzenia na czas z perspektywy kilogramów oraz nauczenia się życia tylko dziś.

DUSZA
Jeśli chodzi o sferę ducha, nie wiem, czy da się wyjść z jakiegokolwiek nałogu, bez pomocy Boga. Ja jako chrześcijanka, nie wyobrażam sobie tego. Potrzebowałam i potrzebuje szczególnej pielęgnacji mojej więzi z Bogiem, nowego spojrzenia na modlitwę i zaufania Mu. W pewnym momencie po prostu przyznałam się przed Bogiem, że nie jestem w stanie sama wyjść z bagna zaburzeń odżywiania i w swojej bezsilności postanowiłam oddać Jemu ten ciężar, wierząc, że tylko On jest w stanie mi pomóc.
Każdy człowiek - czy wierzący, czy nie, aby wykorzenić ze swojego życia nałóg, musi spojrzeć głębiej - w głąb siebie - swojej duszy, poza psychikę - tam gdzie spojrzy sobie w oczy i odkryje, czego tak naprawdę potrzebuje, by wrócić do wolności. Musi zastanowić się nad przycznami takiego stanu rzeczy.
Poza tym sfera ducha, wymaga też innego spojrzenia na siebie - często pielęgnacji miłości do siebie samego. Przywrócenia szacunku do swojej osoby. Spojrzenia na swoje ciało z akceptacją. 

CIAŁO
Organizm musi przyzwyczaić się do normalnego, racjonalego odżywiania. Trzeba wdrożyć w swoje życie zdrowe nawyki te związane z jedzeniem, czy też te związane z odpowiednią ilością aktywności fizycznej oraz snu. Czasem należy poszukać indywidualnego dla siebie dobrego sposobu odżywiania, bo każdy z nas jest inny. Niekótrzy potrzebuję wyeliminowania z jadłospisu niektóych produktów i wtedy trzeba czasu, by się od nich odzwyczaić. Poza tym trzeba dać sobie czas, jeśli ciało wymaga pozbycia się nadwagi. Żadne restrekcyjne diety nie będą tutaj dobrym rozwiązaniem, ani nie przyczynią się do ładnego wyglądu naszego ciała. Jedynie spotęgują obsesję jedzenia.

trzeba czasu
tak, trzeba czasu
nic szybko 
nic na siłę

z resztą to nie jest żadna jednorazowana droga, jednorazowa przemiana
nie ma zdrobione i STOP

Nie moge sobie powiedzieć, że już dotarłam tam gdzie chciałam być. Do końca życia pozostanę człowiekiem zdolnym do obżarstwa, do anoreksji i obsesji jedznia. Całe życie mam się tego wystrzegać, tak samo jak innych złych ludzkich odruchów. Jestem pielgrzymem, któy często upada, jednak idzie dalej. Ciągle idzie. 

Jakie to piękne, że te życiowe kopniaki wszelkeigo rodzaju, jakie dostajemy od Boga, tak wiele nas uczą. Często pomagają nam odkryć, kim naprawdę jesteśmy. 

Trzeba żyć z pasją, właśnie dziś.

czwartek, 9 października 2014

Dzień pokusy

Dużo się działo.. Życie się pozmieniało. Zmiany przyniosły nową przestrzeń sprzyjającą wolności od obżarstwa. Na kilkanaście dni w ogóle zapomniałam o tym, że jestem jedzenioholiczką. Ogarnęłam się na ten czas. Do czasu. Bo na horyzoncie ni stąd ni zowąd pojawiło się on - PRZYMUS.

Czasami bywają dni, że wszystko we mnie w środku woła jeść. Głód emocjonalny staje się bardzo przykry do znoszenia.. Mam wrażenie, że zaraz eksploduję.. Że jak nie wypełnię swojego żołądka do granic możliwości, to mi się coś stanie.. Mam ochotę uciec, czuję potrzebę ucieczki w miejsce, gdzie ów przymus mnie nie doścignie. Ale jak uciec? Dokąd? Kiedy gdziekolwiek pójdę, wszędzie zabiorę siebie...

Godziny przypominają nieustanną walkę ze sobą. W jednej chwili udaje mi się pokonać pokusę - na przykład zrezygnować z odwiedzenia piekarni, którą mijam na ulicy, a w drugiej chwytam w pośpiechu za jedzenie, choć przed chwilą zjadłam spory posiłek. Jedna bitwa rozklada się na wiele mniejszych starć. Nie walczę z nikim, jak jedynie z osobą, którą znam najlepiej - z sobą. Z własną zagmatwaną wolą i pragnieniami.

Przede wszytskim zaś źle mi w tym stanie głodu emocjonalnego. Czuję się niewygodnie.. czuję się roztrzęsiona.. brakuje mi energii i chęci do obowiązków.. bo chęć zrobienia czegokolwiek jest wyparta przez przymus nażarcia. Jakby życie sprowadzało się do jednego..  ZJEŚĆ, NIE ZJEŚĆ. ZWARIOWAĆ.

A kiedy już nie wytrzymam i spełnię swe żarłoczne rytuały, moje samopoczucie przekracza niebezpieczną granicę normalności, sięgając do poziomu minus, gdzie głowa eksploduje od pesymizmu. Ja zaś na ten moment zamieniam się w innego człowieka, ogołoconego ze zwykłej serdeczności. Zachowuje się jakby mi juź na niczym nie zależało i nic mnie w życiu nie cieszyło. I wtedy bolesna wskazówka zegara staje i boli, a ja zapominam o sprawach ważnych i ważniejszych jeszcze.

środa, 24 września 2014

Ogarnąć się

Muszę się ogarnąć, bo jeśli dalej będę tak traktować mój żołądek i mój organizm, to nie będzie wesoło. Nie chcę już bólów wątroby, żołądka i wszelkich problemów z trawieniem, a poza tym  tego okropnego nastroju po każdym ataku.. Tego obrzydzenia.. Tego poczucia straty czasu i złości na siebie. Tego znienawidzenia siebie.

Dwa, trzy dni jem normalnie, a potem znów... Jakaś chwila nieodpartej pokusy i po mnie.
Wystarczy, że jeden raz pójdę za myślą - jedna kromka ci nie zaszkodzi. Jednak sama wiem, źe nigdy nie kończy się na jednej.

Tak bardzo chciałabym wpaść w rytm zdrowego normalnego jedzenia... Minął rok odkąd nie jem słodyczy i to doświadczenie pokazuje mi, że SIĘ DA. 2.5 miesiące mojej abstynencji pokazują mi, ze SIĘ DA.

Nie mogę tracić nadziei, choćby nie wiem co. Nie chcę zatrzymywać się na złych myślach. Chcę żyć od dziś, lepiej.

KIEDYŚ MUSI SIĘ UDAĆ pokonać mojego żarłoka.

wtorek, 9 września 2014

Tak po prostu

Ostatnio dni wolne od obżarstwa przeplatają mi się na zmianę z dniami, kiedy żyję bez niego. Bardzo mnie boli, że znów jest gorzej. Że ciężko mi wytrzymać tydzień. Że moje ciało cierpi, a moja dusza jeszcze bardziej. Mimo wszystko chce patrzeć z nadzieją na przyszłość i pamiętać, że skoro wytrzymałam niedawno 2,5 miesiąca, to mogę to powtórzyć.

Dziś moje obżarstwo zaczęło się od cichutkiej myśli w głowie: ,,może coś zjesz?". Nieraz jem coś pomiędzy posiłkami i nie ma to nic wspólnego z kompulsywnym jedzeniem, ale dzisiaj pociągnęło lawinę. Jest to o tyle dla mnie zaskakujące, że nie czułam wcale przymusu jedzenia. Nie miałam też w sobie "niewygodnych" emocji, które mogłabym zajeść. Czułam sie dobrze, normalnie. Nie byłam głodna po porządnym śniadaniu. Więc dlaczego to zrobiłam? Nie wiem. Po prostu. Bo jestem uzależniona.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Zajadanie problemów?

Już drugi dzień się objadam. Nie widzę w sobie dna. Jestem jak odkurzacz na jedzenie. Nieważne co. Ważne by było. By zapełniało mnie. By zapychało jakąś dziurę w moim sercu?

Ale dlaczego? Dlaczego znowu to robię? Boże, nie chcę... nie chcę, tak bardzo nie chcę, a nie umiem przestać!!! Dlaczego? Dlaczego? Przecież tak się starałam.. ćwiczenia, unikanie szkodliwego jedzenia i zdrowe jedzenie, zaprzestanie myślenia o odchudzaniu, zdrowe nawyki, odpowiednia ilość snu, życie normalne życie.. Z czym zawaliłam? Z czym? Gdzie się za mało starałam? Co ściągnęło lawinę?

Coś mnie wkurzyło. Coś zdenerwowało. Zasmuciło. Poczułam się samotna. Niezrozumiana. I wybrałam tę drogę ulżenia sobie jedzenie. I mnie żarłok złapał i mnie ma... W tym obżarstwie jestem jeszcze bardziej samotna. Jak palec. Bo komu niby powiem, że znowu żrę? Komu?
Mało ludzi rozumie, że tak w ogóle można. Że człowiek może nie mieć dna. Każdy ma swoje życie. Nie chcę nikomu paplać o moich jakże "głupich" problemach.

I to jest właśnie mój problem. Że zamiast spokojnie przyjąć emocje i żyć z nimi, chcę je zagłuszać jedzeniem.

Mój upadek boli... tak bardzo boli. I znowu ta bezradność. Wrażenie niemożności ucieczki. Złość i zalewający mnie z wszystkich stron smutek. Samotność. Samotna samotność...