środa, 11 lipca 2018

Kiedy można mówić o wolności od zaburzeń odżywiania?

Długo nie pisałam, ale to znak, że w kategorii "ja i jedzenie" jest aktualnie dobrze. I nawet nie sądziłam, że tak dobrze może być! To niesamowite! Życzę sobie, by tak było już zawsze, bym nigdy nie chciała wracać i nie wróciła do bagna, które przeszłam...

Teraz lubię wracać do tekstów z tego bloga, kiedy mam inne problemy i potrzebuje zmotywować się do większej wytrwałości i pracy nad sobą. Gdy uświadomię sobie, że przecież wygrałam z nałogiem, to znacznie łatwiej jest poradzić mi sobie z innymi trudnościami. Jednak nie chce mówić, że to ja wygrałam, bo nie stało by się to, gdyby nie Pan Bóg - rzecz jasna - oraz odpowiedni ludzie, których On postawił na mojej drodze. Teraz, kiedy myślę, że nie umiem sobie poradzić z jakąś moją słabością, przed oczami staje mi obraz mnie pochłaniającej w szkolnej toalecie całą górę słodyczy, nie panującej w żaden sposób nad swoim apetytem...

Ale kiedy tak naprawdę stałam się wolna? Długo zastanawiałam się nad tym, jak można rozpoznać moment, gdy dana osoba jest już wolna od zaburzeń odżywiania. Oczywiście, to nie dzieje się nagle - to proces bardzo rozległy. I przez długi czas, byłam w momencie, kiedy było już lepiej, ale jeszcze niezupełnie, jeszcze bywały gorsze dni i ciemne chmury na horyzoncie. Był czas, gdy chciałam już móc sobie powiedzieć "jestem wolna", ale w głębi duszy czułam, że to za wcześnie na takie deklaracje. Nie miałam śmiałości określać siebie mianej "wolnej", gdy tak naprawdę jeszcze zdarzały mi się mniejsze ataki obżarstwa raz na jakiś czas. I jeszcze kilka miesięcy temu bywało tak, że kupiłam chleb i byłam w stanie zjeść cały naraz. To miało miejsce zwykle podczas towarzyszących mi trudnych emocji. To już nie był typowy przymus jedzenia, ale jednak nie panowałam nad sobą. Z takimi sytuacjami poradziłam sobie w dosyć prozaiczny sposób. Nie kupowałam chleba, ale tylko bułki i to tyle, żeby mieć na jeden czy dwa razy, by po prostu nie mieć dużo przy sobie. 

Ataki obżarstwa stawały się coraz mniejsze i następowały coraz rzadziej i rzadziej.. aż do teraz, kiedy nawet nie pamiętam, jak dawno był ostatni. Owszem, po dużym wysiłku fizycznym, na przykład maratonie zdarzyło mi się zjeść całą małą pizzę naraz, ale uważam, że czasem można zjeść więcej i jest to normalne pod warunkiem, że jest spowodowane dużym głodem, a nie potrzebą emocjonalną. 

No ale przejdę do sedna dzisiejszego posta. Jak rozpoznać, że jesteśmy wolni? Jakie są symptomy tego, że jesteśmy na zdrowej drodze i skutecznie radzimy sobie z zaburzeniami odżywiania?

1. Brak przymusu jedzenia.
- brak tej okropnej chcicy by rzucić się na jedzenie i pochłonąć całą zawartość lodówki naraz...
Sądzę, że ten okropny ciężki do wytrzymania przymus (pewnie podobny do tego, co czują alkoholicy) z czasem nachodził mnie coraz rzadziej i był coraz mniejszy, dzięki wielotorowej walce z chorobą.

2. Brak zależności między emocjami a jedzeniem
- nie sięganie po jedzenie w przypadku silnych emocji "niewygodnych emocji" by sobie ulżyć, by się pocieszyć, by zabić pustkę w sobie, by uciec od problemów, by się ukarać itp.
To jak dla mnie drugi najważniejszy znak. Oczywiście nasz organizm jest mądry i rzeczą normalną jest, że niektórzy nie mogą jeść w przypadku dużego stresu (mi też czasami się to zdarza), ale to co innego.

3. Brak wyrzutów sumienia po jedzeniu
- umiejętność normalnego zjedzenia obiadu i to niekoniecznie tego super dietetycznego / zdrowego bez poczucia winy, że się zjadło za dużo albo za mało zdrowo..

4. Nie przywiązywanie zbytniej wagi do jedzenia
- brak przesadnej analizy w głowie tego, co, kiedy i ile się zjadło
Tutaj chodzi o odpowiednie wyważenie tego, jak ważnym tematem jest dla nas jedzenie. Czy żyjemy, żeby jeść czy na odwrót? Jeśli jedzenie zaprzątuje większą część naszych myśli, to jest niedobrze. Natomiast gdy w umiarkowany sposób troszczymy się o to, co jemy i jakiej jakości jest nasze jedzenie, to jest okej. 

5. Akceptacja siebie
- brak przymusu odchudzania do wagi x
To jest bardzo trudne akceptować siebie i dla mnie jest i niezmiernie było trudne... Sądzę, że przy zdrowym stylu życia organizm sam dochodzi do wagi, która jest dla niego dobra i niepotrzebne są diety niskokaloryczne do tego.

6. Normalne jedzenie - racjonalne jedzenie (lub nazwij to po swojemu jak chcesz)
- pojmowanie jedzenia jako paliwa dla organizmu, ale też czegoś co ma smakować i cieszyć samo w sobie
To już tak bardzo ogólnie styl życia - zdrowy styl życia, gdzie ważne jest zdrowe jedzenie, ruch i zdrowe myśli. Gdzie nie ma miejsca na "diety", głodzenie, obżeranie czy obżeranie na przemian z głodzeniem, nie wspominając już o prowokowaniu wymiotów.

Te 6 punktów uważam za główny wyznacznik wolności od zaburzeń odżywiania. To tylko moje spostrzeżenia z perspektywy mojego doświadczenia. Nie jestem psychologiem ani żadnym specjalistą, który zna się od fachowej strony tematu - rzecz jasna. 

"Wy zaś, bracia, powołani zostaliście do wolności. Tylko nie bierzcie tej wolności jako zachęty do hołdowania ciału, wręcz przeciwnie, miłością ożywieni służcie sobie wzajemnie!"
Ga 5,13

środa, 22 marca 2017

Żrę bo...

Swego czasu natrafiłam na odcinek ojca Adama Szustaka o obżarstwie. Zainteresowanych odsyłam do filmiku: GRUBASY

Choć nie mam już ataków obżarstwa, to ostatnio kilka razy przyłapałam się na tym, że jem z emocji. To wszystko co było kiedyś we mnie, tak do końca nie umarło. Mimo iż czuje się wolna od zaburzeń odżywiania, to wiem, że nadal mam słabość do nadmiernego jedzenia. Gdy ogarnia mnie uczucie przygnębienia czy złość na siebie, że coś mi nie wyszło, to zwykle w głowie pojawia się myśl "zjedz coś, poczujesz się lepiej". Teraz kiedy jestem tego świadoma, to łatwiej mi tę myśl po prostu zignorować, ale nie zawsze się to udaje, bo czasem sięgam po coś do jedzenia. Zwykle jest to coś drobnego, ale mimo wszystko uważam, że nie powinnam tak reagować. Trudnych emocji ostatnio było sporo, toteż pokusa jedzenia by sobie ulżyć była częsta.

Wiem, że powinnam uważać na takie stany, kiedy gromadzi się u mnie nadmiar negatywnych emocji, a szczególnie poczucie winy, złość na siebie czy potrzeba nagrodzenia siebie. To, co mówi ojciec Adam Szustak uświadomiło mi jeszcze raz, na czym polega mechanizm obżarstwa. Myślę, że w szczytowym stadium ataków obżarstwa mechanizm ten działał u mnie właśnie na tych trzech poziomach, o których mówi ojciec Adam.

A oto trzy mechanizmy, które wymienia ojciec Adam.
Obżarstwo jest:
1) rodzajem radzenia sobie z brakiem akceptacji siebie - moment jedzenia sprawia, że czujemy się wtedy "kimś" - czujemy się szczęściwi na tą chwilę
2) rodzajem nagradzania siebie
3) rodzajem zagłuszacza winy - samo-destrukcja - zagłuszanie wyrzutów sumienia

OBŻARSTWO daje złudne poczucie szczęścia.

"Kluczem nawrócenia jest zmiana myślenia."

"Musisz znaleźć mechanizm, na którym to u Ciebie działa."

To prawda o obżarstwie, którą chciałam się podzielić. Sama świadomość tego wszystkiego jest już ogromnym kluczem do sukcesu na polu walki z nadmiernym jedzeniem. Szatan próbuje nas oszukać, ze jedzenia dam nam szczęście. Zło zawsze atakuje nas pod pozorem dobra.

czwartek, 9 lutego 2017

Być swoim przyjacielem

Minęły kolejne miesiące mojego życia wolnego od zaburzeń odżywiania. Z wdzięcznością uśmiecham się do samej siebie w lustrze, dziękuję Bogu - bo bez Niego to sobie nawet nie wyobrażam, co by teraz mogło ze mną być. Swego czasu, gdy jeszcze byłam w mocnym stadium choroby, starałam się dziękować Bogu, za moją wolność od obżarstwa, której jeszcze wtedy nie było, ale wierzyłam, że kiedyś nastąpi. Oczywiście ta wiara czasami była słaba i marna, a czasami może i nawet jej w ogóle nie było. Jednak wracała. Starałam się ją zwiększyć i przy sobie zatrzymać. Modliłam się o wzrost tej wiary no i przede wszystkim starałam się działać w kierunku zdrowia.

Pamiętam, jak kiedyś pewien ksiądz podczas Spowiedzi, kiedy byłam po wielu dniach ciągłego obżarstwa, powiedział mi, bym spróbowałam spojrzeć na siebie jak na przyjaciela. Wzięłam sobie te słowa mocno do serca. One były dosyć sporym krokiem na mojej drodze do zmiany myślenia.

Oczywiście człowiek powinien kochać siebie, a bez tej miłości nie da się kochać innych ludzi i Pana Boga. Cóż znaczy kochać siebie? Tu się nie chodzi o żaden egoizm, a może kiedyś bardzo temu, tak właśnie o tym myślałam. Nie da się tak jednoznacznie powiedzieć, czym jest taka miłość, jak w ogóle trudno o definicję miłości jako takiej. Jednak kochać siebie, to na pewno znaczy stawać przed sobą w prawdzie - widząc zarówno swoje dobre jak i złe strony. To znaczy troszczyć się o swój wielotorowy rozwój, to znaczy poznawać siebie i chcieć być coraz doskonalszym człowiekiem. To też znaczy - być świadomym, że jest dzieckiem Boga. I patrzeć na siebie oczami Boga. Myślę, że z takiej właściwej miłości własnej zawsze (o ile jest ona prawdziwa) wypływa równocześnie miłość do Boga i ludzi. Nie da się, by tak nie było. 

Być swoim przyjacielem, to brzmi pięknie! Staram się by moje życie było wypełnione taką właśnie przyjaźnią, choć pewnie ciągle mi do tego bardzo daleko, ale wiem, że tylko wtedy - mając takie podejście, da się życie przeżyć pięknie. Teraz patrzę w lustro i nie krzyczę już do siebie "Ty, gruba świnio, kim Ty w ogóle jesteś!", ale mówię "cześć, wiem, że nie jesteś idealna, ale dziś możesz być lepsza niż byłaś wczoraj, Bóg Cię stworzył z miłości, więc nie możesz być żadnym bublem, Twoje ciało jest Jego świątynią".

Na końcu tego wpisu pragnę z serca polecić dobre miejsce w sieci http://www.martynabanasiak.pl/
To blog, na którym można znaleźć bardzo wiele cennych treści, które pomagają w budowaniu właściwego podejścia do jedzenia.

środa, 7 września 2016

Powstrzymać atak

Dziś wróciłam do domu głodna, zmęczona i znudzona.. To  były doskonałe warunki na to, by rzucić się na jedzenie. Tym razem rzeczywiście zjadłam dosyć dużo, trochę byle jak. Kiedy jednak poczułam sytość w żołądku, przestałam jeść. Zrobiłam sobie kawę i siadłam do dalszej pracy.

I właśnie dotarło do mnie, że nauczyłam się powstrzymywać ataki. Tak, wypracowałam w sobie taką umiejętność. Nauczyłam się zmieniać myślenie i podejście do jedzenia. Co zrobiłabym kiedyś?

Kiedyś myślałabym:
,,O rany, co ja zrobiłam! Jak mogłam tak dużo zjeść. Jestem świnią!"
,,Jestem gruba! Od jutra jem mniej i nigdy już nie zjem tak dużo naraz."
,,Skoro zjadłam już tyle, to co to za znaczenie ma, że zjem coś jeszcze. Jutro dieta, więc dziś jeszcze poszaleję."
,,Jestem nienormalna. Dalej się obżeram. Nigdy z tego nie wyjdę."

Teraz myślę:
,,Nic wielkiego się nie stało, że zjadłam trochę więcej. Od jednego dodatkowego posiłku się nie grubnie. Nie ma co panikować."
,,Okej. Miałam chwilę słabości. Muszę być ostrożniejsza i uważniejsza. Wczoraj zjadłam zbyt mało i dziś odezwał się głód."
,,Muszę się bardziej pilnować i dbać więcej o jakość mojego jedzenia."
,,Nie mam się czym przejmować. Wracam do obowiązków. Następny posiłek zjem mniejszy."

W mojej głowie nastąpiła taka zmiana myślenia, ale najważniejsze jest to, że nie męczy mnie już głód emocjonalny. Ustąpił wraz ze zmianą myślenia i szeregiem innych zmian, które się we mnie dokonały. Już nie mam chwil, kiedy ogarnia mnie dziki przymus wpakowania w siebie wielkiej ilości jedzenia. Nie czuję się już jak studnia bez dna. Ale ciągle jestem słaba wobec jedzenia i muszę się pilnować, by nie dopuścić do nawrotu kompulsywnego jedzenia. Z resztą czasami mam wrażenie, że większość ludzi ma słabość do jedzenia. Każdemu człowiekowi, który nigdy nie miał problemów z zaburzeniami odżywiania, zdarzają się chwile, że zje więcej, może nawet do bólu brzucha. A jak jest we święta czy rodzinne uroczystości? Czyż tak nie jest?

Jesteśmy tylko ludźmi, nie wymagajmy od siebie nie wiadomo czego. Owszem w życiu chodzi o to, by stawiać sobie wymagania, by żyć pięknie, by nie być byle jakim. Ale są pewne granice ludzkie, kiedy człowiek musi pogodzić się z faktem, że tak - a nie inaczej został stworzony i nie jest w stanie niektórych rzeczy przeskoczyć, nawet gdy mu się wydaje, że jest.  Moja pycha mnie kiedyś przynaglała, by być inną i jeść jak mało kto, by się głodzić.. No bo kto, ale ja to przecież dam radę, nie?.. no ale. Nie jestem inna. Jestem człowiekiem. Tylko.

 

sobota, 13 sierpnia 2016

Karta z przeszłości

Dzisiejszy świat jako jeden z elementów potrzebnych do szczęścia pokazuje człowiekowi SZCZUPŁĄ SYLWETKĘ. Media kreują ten kanon piękna tak, że dla nastolatek staję się on wręcz wyznacznikiem szczęścia, jednym z wielu albo nawet (jak to możliwe?!) jedynym. Jakby już nic się w życiu nie liczyło, tylko to nasze "opakowanie"... Gorzej jeszcze jeśli szczupła sylwetka nie oznacza wysportowanego zdrowego ciała, ale CHUDE.. będące okazem braku zdrowia... Nic dziwnego, że wiele nastolatek wpada w myślenie typu ,,im chudsza, tym lepsza", skoro tym karmią je media.

Niestety taka jest prawda. Takie są współczesne realia, w których przyszło nam żyć. To wszystko sprzyja zaburzeniem odżywiania, które stały się wręcz masowym problemem wśród młodzieży. Bardzo mnie to boli... Bo wiem, czym jest chorobliwa pogoń za szczupłą sylwetką.. Ciesze się, że mimo to, jest też wielu ludzi, którzy starają się promować zdrowy styl życia i sport. Dobrze, że wielu przestrzega przed negatywnymi skutkami stosowania wszelkich restrykcyjnych diet.

Kiedyś ważyłam 44kg i byłam uzależniona od głodu. Tak. Dziś chcę opowiedzieć o moim epizodzie anorektycznym. Nie chcę twierdzić, że była to taka 100procentowa anoreksja, bo nikt mnie nie hospitalizował, ani też nie chciałam ważyć jak najmniej. W porównaniu do innych przypadków, o których słyszałam, miała ona raczej łagodny przebieg. Jednak swoje przeżyłam w tym czasie i od tego momentu, zaczęły się moje problemy z jedzeniem. Niech ta historia stanie się przestrogą dla wszystkich, którzy postanawiają głodzić się dla szczupłej sylwetki, czy z innego powodu. Choć u mnie zaczęło się inaczej i nie byłam nastolatką, która uległa presji współczesnego świata, to i tak doświadczyłam, czym jest chorobliwa pogoń za chudością. Naprawdę nie warto pakować się to piekło.

WIĘCEJ OD SIEBIE WYMAGAĆ 
Moja historia nie zaczęła się tak, że byłam gruba i chciałam schudnąć. Byłam po stronie mniejszości, tych którzy zaczęli nieco inaczej. Figurę miałam świetną BMI 20. Lubiłam swój wygląd, nigdy na niego nie narzekałam. W pewne wakacje zauważyłam, że kiedy są upały, nie czuję głodu i ciężko mi
cokolwiek zjeść. Dobrze się czułam, kiedy ni stąd ni zowąd zaczęłam mniej jeść i trochę schudłam.
Jednocześnie chciałam coś ulepszyć w swoim życiu. Chciałam więcej od siebie wymagać. Nie znałam zasad zdrowego odżywiania, nie miałam pojęcia o żadnych dietach. Nigdy się tym nie interesowałam, bo nigdy nie chciałam się odchudzać. Postanowiłam ćwiczyć swoją silną wolę i w tym celu mniej jeść. Myślałam o ludziach głodujących i bolało mnie, że tak wielu Europejczyków się obżera, a na drugim końcu świata ludzie głodują. Kiedy ktoś pytał mnie dlaczego nie jem kolacji, mówiłam: ,,nie jestem głodna". Nie było dla mnie żadnym problemem zmniejszyć ilość jedzenia. Starałam sobie wyobrazić jak dobrze byłoby zjeść w ciągu całego dnia tylko to, co zmieści się na dwóch talerzach.

LEPSZY STYL ŻYCIA
Po wakacjach zaczęła się szkoła. Postanowiłam nie brać jedzenia do szkoły. Zaplanowałam sobie, że nie będę kupować żadnych przekąsek w sklepach. Żadnych słodyczy, żadnych bułek i drożdżówek. To wydawało mi się wspaniałym pomysłem na bycie innym od reszty świata. Bycie wyjątkowym i
lepszym. Poza tym cieszyłam się, że będę lepsza dla rodziców, bo nie będą musieli dawać mi
kieszonkowego. Wydawało mi się, że dzięki mnie zaoszczędzą pieniądze. Śniadanie w domu jadłam zawsze. Wiedziałam, że to ważny posiłek w ciągu dnia, że muszę go jeść. Zwykle były to 2-3 kanapki lub jogurt z płatkami i świeżymi owocami. Potem przez wiele godzin nic nie jadłam. Cieszyłam się, kiedy burczało mi w brzuchu. Kiedy widziałam koleżanki jedzące batony czy kanapki, myślałam, że ja robię lepiej, bo nie ubiegam się w życiu za przyziemnymi pragnieniami takimi jak jedzenie i czerpana z niego przyjemność. Czułam, że mi w życiu chodzi o coś innego, że szukam szczęścia wyższego.
Kiedy wracałam do domu, jadłam nieduży obiad i na tym kończyło się moje jedzenie w ciągu dnia. Zwykle między 16 a 7 nic nie jadłam.
Modliłam się w tym czasie dosyć dużo, dbałam o swój duchowy wzrost i miałam wrażenie, że moje ograniczenie jedzenia jest czymś dobrym, jest pewnego rodzaju ascezą, która ma wielką wartość w oczach Boga. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to nie jest droga właściwa. Poza tym nie
myślałam dużo o jedzeniu. Myślałam, że dzięki temu mam więcej przestrzeni w życiu. Moje wygórowane ambicje kazały mi bardzo dbać o naukę, dobre oceny i rozwój moich zainteresowań.
Wkręciłam się w wolontariat i inne dodatkowe zajęcia. 

UZALEŻNIENIE OD GŁODU
Dwa, trzy miesiące takiego życia, spowodowały, że za każdy razem kiedy zjadłam trochę większy obiad, czułam się okropnie. Nie znosiłam uczucia sytości. Nienawidziłem go. Burzenie w brzuchu i trzymanie się swojego planu jedzenia były źródłem mojej ogromnej satysfakcji i dowodem, że jestem SILNA. Moje życie wydawało się być dla mnie naznaczone samymi sukcesami.  Bo przecież robiłam coś niesamowitego - panowałam nad swoimi fizjologicznymi pragnieniami. Na tym etapie jeszcze nie wydawało się to dla mnie trudne, było normalne, naturalne. Mój żołądek bardzo się skurczył. Uwielbiałam kłaść się spać z uczuciem głodu. To był dla mnie wyznacznik udanego dnia. I też nigdy w tym czasie nie działo się inaczej. Nigdy nie jadłam więcej, ani raz nie odstąpiłam od swoich
nawyków. Kiedy ktoś częstował mnie czymś miałam tylko jedno do powiedzenia: ,,nie dziękuję" i nigdy nie dałam sie na nic namówić. Byłam silna. Byłam naprawdę silna. Co ważne, nieustanny
głód, nie był powodem mojego myślenia o jedzeniu. O jedzeniu myślałam na tym etapie stosunkowo mało.

DLACZEGO TAK MAŁO JESZ
Moja rodzina po jakimś czasie zauważyła, że nie biorę nic do jedzenia do szkoły choć długo starałam się trzymać to w tajemnicy. Jednak na nic zdawały się prośby do mnie bym coś ze sobą brała. ,,Nie, nie potrzebuję", ,,Nie, nie jestem głodna, więc po co?"- mówiłam zawsze. Kiedy starali się zmusić 
mnie do jedzenia kolacji, rzucałam podobne hasła. Nikt nie był w stanie mnie zmusić do jedzenia. Ubolewali nad tym, martwili się. Kiedyś dla świętego spokoju, postanowiłam zabierać do szkoły jedną kanapkę. Gdzieś w głowie przebiegła mi myśl, że nie zrobi mi to wielkiej różnicy i może rzeczywiście odrobinkę przesadzam. Zabierałam więc codziennie jedną kanapkę. Kiedy babcia
mówiła: ,,może weźmiesz więcej", nigdy nie dałam się na to namówić.

MOJE CHUDE CIAŁO
Na początku dziwiłam się, że chudnę, bo to był jakby dziwny skutek uboczny. Przecież jadłam. Kalorie, bilans kaloryczny to dla mnie była czarna magia. Poza tym przyzwyczaiłam się do głodu i po jakimś czasie przestałam go odczuwać. Nie czułam, że kosztuje mnie to wiele wysiłku. Jednak po cichu coraz bardziej cieszyłam się z utraconych kilogramów. Kiedy ubrania wydawały mi się luźniejsze, czułam się piękniejsza, bardziej wartościowa. Uwielbiałam przeglądać się w lustrze i podziwiać swoje chude ciało z doskonałymi proporcjami. Wszystko tak cudownie na mnie leżało, że nie mogłam się temu nadziwić. Objęcie mojej ręki tuż nad łokciem całą dłonią przysparzało mi mnóstwo radości  Potem wycieczka do sklepu po nowe spodnie, gdy wszystkie, które miałam w szafie, spadały mi z tyłka.. znowu dostarczyła  mi dowodu mojej niesamowitej przemiany.. Jednocześnie jako chrześcijanka i osoba wierząca, nie chciałam się skupiać na swoim wyglądzie i
starałam się tym pozornie nie cieszyć i jeśli ktoś mówił, że jestem zgrabna mówiłam, i co z tego? Przecież to marność nad marnościami. 

WAGA DOWÓD SIŁY I WARTOŚCI
Po pewnym czasie moja waga zbliżyła się do 45kg. Nigdy nie pomyślałam, ze będę tyle warzyć. Nigdy też nie chciałam. Ale uwielbiałam moją nową figurę i wydawało mi się, że zdobyłam ją przez przypadek. Myślałam - jestem kimś. Jestem niezwykła. Lubiłam masować się po wystających żebrach. Przez długi czas nie ważyłam się często, ale przyszedł dzień, że zaczęłam robić to 
codziennie, ponieważ uwielbiałam ten moment, kiedy moje oczy rejestrowały na wadze tę niską liczbę. Potrzebowałam codziennie tego dowodu mojej wewnętrznej siły - w postaci odpowiednio niskiej liczby na wadze. Czułam się jakbym dokonała czegoś niezwykłego, a o czym nawet nie śniłam.

ODROBINA STRACHU
Czasami jednak wzięło mnie na refleksję, co się dzieje z moim życiem.. Kiedy waga po kolejnych
miesiącach spadłą poniżej 45kg.. zaczęłam się bać. Nie, nie mogę ważyć mniej. Kiedy rodzice po raz kolejny interweniowali w moje zachowanie - i próbowali zmusić do zjedzenia bułki po szkole przed obiadem, nie potrafiłam. Chciałam być posłuszną córką, jaką starałam się być we wszystkich innych sytuacjach, ale nawet ogromna chęć bycia dobrą, posłuszną córką dla swoich wspaniałych rodziców i niechęć ich denerwowania i martwienia, były słabsze od mojego pragnienia kontynuowania swoich nawyków żywieniowych. Nieraz były łzy. Ciągłe pytania dlaczego nie chcesz jeść. W końcu postanowiłam jeść trochę więcej, bo rzeczywiście sama zaczęłam się bać, swojego zachowania, choć była to bardzo trudne, bo wyrzuty sumienia były ogromne.
Dorzuciłam jabłko i inne owoce do swoich posiłków w szkole oraz jadłam troszkę więcej na obiad.
Jednak nadal była to bardzo mała ilość kalorii. Moje ciało głodowało, a ja byłam uzależniona od głodu. Czasami by nie słyszeć od rodziców po raz kolejny: ,,jak możesz nic nie jeść od 16 do 7 rano"?! Opóźniałam godzinę jedzenia obiadu do 17 lub 18... Czekałam na tę godzinę z zegarkiem w ręku. Pamiętam jak wujek przypadkiem powiedział: ,,czy ona nie ma anoreksji?". Zabolało mnie to choć nigdy przenigdy tak nie pomyślałam. A w mojej głowie krążyły liczne argumenty, które stały się dla mnie osobistym potwierdzeniem, że nie jestem anorektyczką, że to nie mój problem. Myślałam, że przecież wiem, czym jest anoreksja. Nigdy nie postanowiłam sobie głodować. Nie chciałam się odchudzać. Przecież jem, więc nie mogę jej mieć. Że absolutnie nie mogę jej mieć i nie mam. No bo jak to ja? Przecież nie byłam nigdy nastolatką, która ubiegała się za swoimi wyglądem. Nigdy. Nie dbałam szczególnie o swój ubiór. Przez długi czas myślałam w ten sposób. Okłamywałam siebie. Nie rozumiałam tego, co robię, albo też nie chciałam się przyznać sama przed sobą. Z każdym dniem moja radość z utraconych kilogramów mieszała się ze strachem przed tym, co się ze mną dzieje.
STAŁY PUNKT
W pewnym momencie moja waga przestała spadać, gdzieś na granicy 43-44kg. Cieszyłam się, że już nie chudnę, bo to uspokoiło mój strach przed tym, że nie wiem, co jest ze mną grane. Jednak nadal byłam uzależniona od głodu, z którego odczuwania czerpałam satysfakcję. Gdy pojawił się jakiś wyjazd, wycieczka czy spotkanie ze znajomymi zawsze moją główną troską było - jak wymigać się od jedzenia. Jak usprawiedliwić to, że nie chcę jeść. Co zrobić, by nie pomyśleli, że się odchudzam.
Zawsze mi się to udawało. Nie istniało dla mnie jedzenie po 18. Nie istniało jedzenie dla przyjemności. Jedynie skromne racje miały w moim rozumowaniu mi wystarczać.

NATRĘTNE MYŚLI
Nie chciałam myśleć o jedzeniu, ponieważ uważałam, że nadmierne myśli o jedzeniu to grzech - to 
pogoń za pożądliwościami ciała. Uważałam to za wielkie zło. W tym czasie nigdy nie nękały mnie pokusy jedzenia, jedzenia więcej niż sobie założyłam czy zjedzenia czegokolwiek dla czystej przyjemności.
Kiedyś przyszedł moment, że zorientowałam się, iż moje myśli zbyt często skoncentrowane są wokół jedzenia - tego co, kiedy i ile jem. Zmartwiło mnie to tak bardzo, ze czułam z tego powodu wielkie wyrzuty sumienia oraz pewną bezsilność, gdyż w żaden sposób nie potrafiłam tych myśli od siebie odgonić. Z czasem ich intensywność rosła, a ja coraz bardziej źle się z nimi czułam. Gdy zasypiałam, myślałam nieustannie o śniadaniu. Mój głodny żołądek karmił się samym wyobrażeniem o momencie spożywania posiłku. Kombinowałam, co zjem, kiedy rano się obudzę. Przeliczałam, co jest bardziej dietetyczne, na co mogę sobie
pozwolić. Potem w szkole po swoim skromnym śniadaniu rozpoczynała się nowa faza myślenia - teraz w głowie miałam kanapkę. Tę jedyną kanapkę, którą zapakowałam sobie do plecaka. Tylko ja, nikt inny, mogłam sobie ją przygotowywać. Nikomu nie wolno było zdecydować o tym, jaki skład będzie zawierać, tylko mnie. Gdyby ktoś z rodziny kazał mi zjeść kanapkę grubo posmarowaną 
tłuszczem, zaczęłabym się kłócić. Teraz ta kanapka zajmowała centralne honorowe miejsce w mojej głowie. Z wielką niecierpliwością czekałam na wyjątkowy, wręcz uroczysty moment zjedzenia jej. To tylko chwilowa ulga dla mojego zgłodniałego ciała. Potem zaczynał się etap równie trudny - wyczekiwanie obiadu. Czasami aż do godziny 18. Maszerując po szkole na autobus, czułam słabość, a jednocześnie lekkość z jaką poruszało się moje ciało. Byłam kimś lekkim.. Jak motyl, który zawsze był moim ulubionym zwierzęciem - symbolem piękna. Czy ten motyle, które zawsze jako mała dziewczynka lubiłam łapać na łące, były teraz spełnieniem moich podświadomych marzeń?
Nawet siadając w autobusie na fotelu, obserwowałam swoje chudziutkie nogi. Każde spojrzenie na nie było przyjemne i dodawało siły, gdy pożerały mnie myśli o jedzeniu. Gdy dotarłam do domu,
kolejnym momentem chwilowej ulgi był obiad. A potem znowu faza wyczekiwania na kolejny posiłek. I ogromna ilość czasu na obmyślanie, co zjem na śniadanie. I tak mijały kolejne dni pod znakiem wiecznego oczekiwania na jedzenie. Wiecznego oczekiwania, na które nie chciałam się doczekać. Intensywność myśli o jedzeniu przerażała mnie coraz bardziej. Zaczęłam nazywać je 
pokusami, które wcześniej w ogóle mnie nie nachodziły.

FIZYCZNE DOLEGLIWOŚCI
Byłam zmarzluchem. Ogromnym. Ciągle było mi zimno. Często miewałam dziwne dreszcze z zimna, które nigdy nie chciały przejść. Pewnego razu, gdy przez dwa dni prawie nic nie jadłam, stałam w kościele na Mszy i miałam wrażenie, że naprawdę zaraz zemdleję i domniemam, że naprawdę byłam wtedy tego bliska... Chwilami czuła, że odchodzą ze mnie moje fizyczne siły. Gdy siedziałam na twardym krześle, zawsze bolał mnie tyłek. Czułam kości. Gdy przez pewien czas miałam w zwyczaju wieczorami ćwiczyć na dywanie, poobdzierałam sobie kości biodrowe, które bardzo mi
wystawały. Leżenie na twardej powierzchni sprawiało mi ból.

PRZEŁOM
Nie wiem, co było głównym powodem mojego postanowienia zmiany. Może wizyta u lekarza i nakaz przytycia do 48kg? Ciągłe interwencje rodziców? Mój strach przed natrętnymi myślami o jedzeniu? Uwagi znajomych o tym, że zmizerniałam? Obawa, że rzeczywiście mogę mieć anoreksję? Sama nie wiem. Być może kumulacja wszystkich tych czynników. Długo walczyłam ze sobą by zechcieć coś zmienić. Powoli dorzucałam małe porcje jedzenia. Czasami naprawdę ciężko, było mi zjeść cokolwiek więcej, bo od razu odzywały się wielkie wyrzuty sumienia, a jednocześnie nękało mnie poczucie winy z powodu samych myśli o jedzeniu podczas głodzenia. Obłęd. Ani w lewo ani w prawo. Nieraz bardzo musiałam się zmuszać i przekonywać by zjeść bułkę, która zrobiła mi mama. Zjadłam, bo chciałam, a jednocześnie nie chciałam. Czułam się winna. Z czasem, gdy zaczęłam trochę więcej jeść, by uciszyć wyrzuty sumienia, rozpoczęłam wieczorami ćwiczyć. Prawdą jest, ze nie tylko wyrzuty sumienia były powodem, bo poprawa kondycji również oraz jakaś chęć udoskonalenia kolejnej sfery życia. 
Pewnego dnia postanowiłam przytyć do 48kg. Waga ta wydała mi się idealna. Taka w sam raz - niedowaga, którą można jeszcze tolerować. Jednocześnie pojawiła się radość, której długo w sobie nie czułam. Radość, że mogę jeść. W końcu mogę jeść.

NIEBEZPIECZNE MYŚLENIE
Główna myśl, która w tym czasie przewijała mi się w świadomości to: ,,jestem chuda, więc mogę jeść". W poczuciu celu przytycia, stwierdziłam, że mogę jeść słodycze. Jedzenie zaczęło mi smakować, tak jak jeszcze nigdy. Mój wygłodniały mózg, był szczególnie wrażliwy na odbieranie bodźców zmysłu smaku. Aby udowodnić rodzinie, że nie jestem anorektyczką z radością zjadałam przy nich słodkości oraz większe porcje jedzenia. To samo robiłam przy znajomych. Chciałam pokazać wszystkim, że to, o co mnie przez tak długi czas podejrzewali nie jest prawdą. Ze się mylą, a tylko ja znam i rozumiem prawdę. Gdy dotarłem do 48kg jednocześnie cieszyłam się i czułam tęsknotę  za liczbą 45. Ale powiedziałam sobie STOP. Nie mogę mieć ani kilograma więcej.

BRAK KONTROLI
Czasami nie umiałam ocenić ile tak naprawdę mogę jeść, ale nie chciałam dużo. Chwilami moje porcje jedzenia robiły się niebezpiecznie duże. Kanapka za kanapką, kawałek za kawałkiem... Nie mogłam przestać. Jedzenie dawało uczucie ulgi, ukojenie, wrażenie bezpieczeństwa.. Chciałam trwać w tym stanie, ale kiedy wracała mi świadomość, trawiły mnie wyrzuty sumienia. Zaczęłam się przerażać dlaczego jem tak dużo. Dalsze przytycie było rzeczą, z którą za nic w świecie nie umiałam bym się pogodzić. Zorientowałam się, że czasami nie mam panowania nad ilością zjedzonego jedzenia, tak jak kiedyś. Chciałam zjeść 2 kanapki, ale zjadałam 4 czy 6... aż doszło do tego, że byłam w stanie zjeść cały bochenek chleba. Nie potrafiłam zaakceptować i w żaden sposób zrozumieć, dlaczego nie potrafię nad tym panować. Miałam wrażenie, że utraciłam poczucie mojej
wewnętrznej siły, którą czerpałam z ścisłego trzymania się planu jedzenia i głodowania.
Nadeszły dni, że jadłam do ogromnego bólu żołądka. Po każdym takim incydencie zwijałam się z bólu i w przerażeniu powtarzałam sobie: ,,to był ostatni raz".
Gdy moja waga doszła do 50kg zaczęłam nazywać siebie grubą. I wtedy pojawiła się chęć schudnięcia do idealnych 48kg. Płakałam, że nie mieszczę się w swoje ulubione spodnie. Bałam się wyjść do ludzi, bo miałam wrażenie, że zorientują się, że przytyłam. Przytycie i cyfra 5 z przodu mojej wagi to była dla mnie oznaka porażki. Przymus schudnięcia owładnął moje myśli.

NIEWYGODNE CIAŁO
Znienawidziłam swoje ciało. Już nie było idealnie chude. Zaczęłam nosić luźne bluzki, aby ktoś przypadkiem nie zobaczył minimalnej fałdki na moim brzuchu. Chciałam jeść... Uwielbiałam jeść, a jednocześnie nienawidziłam. Pragnęłam schudnąć.
Ataki obżarstwa zdarzały się coraz częściej i co gorsza były coraz większe. Z czasem przestały być również jednorazowymi wyskokami, ale trwającymi kilka dni, ciągami. Moje samopoczucie sięgało
dna. Poczucie winy, bezsilności było wszechogarniające. W krótkim czasie bardzo przytyłam. W 
jeden miesiąc 5 kg i kolejne 5 w następny. Byłam zrozpaczona. Ciało, które było dla mnie tak potężne jak nigdy, bolało mnie. Było niewygodnym mieszkaniem, w którym musiałam żyć. Nie mogłam znieść czucia skóry, która była gruba jak nigdy. Uczucie ocierania nóg o siebie jak dotąd mi obce, wprawiało mnie w obrzydzenie. Byłam kluską, grubasem.

MUSISZ SCHUDNĄĆ
Głośna myśl, krzyczące myśl, nakazująca mi wydobycie się ze stanu w jakim tkwiłam, nawoływała wciąż do schudnięcia. Nakazywała powrót do dawnych czasów chudości.
Ukształtowała we mnie największe marzenie o powrocie do doskonałego ciała. Nic nie było ważniejsze, jak to. Zaczęłam intensywnie interesować się tematem, o którym wcześniej nie miałam pojęcia. ODCHUDZANIE. KALORIE. DIETY. Godziny i dnie spędzone przy przeszukiwaniu internetu, aż wydawało mi się, że wiem wszystko. Czas mierzyłam w kilogramach. Jeden tydzień równałam z jednym kilogramem w dół. I tak oto naprzemiennie obżerałam się z niskokalorycznymi dietami. Mój organizm doznawał szoku. Gdy w jakiś jeden dzień coś nie poszło z jedzeniem, przekreślałam go ulegając myśleniu, że dziś już stracone i zacznę od jutra. Wtedy dawałam sobie przyzwolenie na obżarstwo, aby na chwile zapomnieć o nurtujących mnie wyrzutach sumienia.

WALKA DWÓCH PRAGNIEŃ
Jeść. Nie jeść. Jeść. Nie jeść. I tak w kółko.
Zostawianie samemu w domu prawie zawsze kończyło się obżarstwem. Jadłam byle co, byle jak. Zupełna dzikość. Dziwna mieszanka smaków, których po parunastu minutach ciągłego jedzenia przestawałam zupełnie czuć. Jadłam bo czułam przymus. Bo na samą chwile jedzenia, nie bolało. Bo na tę chwile przestawałam myśleć o wszechogarniających wyrzutach sumienia.

KOMPULSYWNE JEDZENIE
Potem przyszły dni, kiedy z powodu ataków obżarstwa, zdarzyło mi się nie iść do szkoły. Często żarłam w drodze do szkoły, odwiedzając wszystkie możliwe sklepy. Zamykałam się w szkolnej toalecie z paczka słodyczy. Czekoladę jadłam jak batony. Jedna po drugiej. W tej chwili nieważne było, ze właśnie zaczęły się już lekcje. Nieważne było, że był sprawdzian. Ja musiałam jeść...
Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Nie widziałam drogi wyjścia. Czasami potrafiłam cały dzień przepłakać. Nienawidziłam swojego ciała. Nie widziałam w sobie żadnego piękną, bo nie byłam już szczupła. W domu były kłótnie, płacze, krzyki, niezrozumienie, ciągle pretensje. Co Ty wyprawiasz? Każdy dzień był walką i zaczynał się pytaniem - czy dziś dam radę wytrzymać? Żyłam w ciągłym strachu - że się znowu najem - że nie pójdę do szkoły. Że rodzice się dowiedzą. Że nie będę potrafiła im wytłumaczyć dlaczego. Przyszedł dzień, kiedy byłam pewna, że jedyne co mogę zrobić, to iść do szpitala na leczenie.

Uzależniłam się od objadania. Z jednej skrajności wpadłam w drugą.

Dziś wiem, że obie te choroby są równie wyniszczającej psychicznie i fizycznie.
Obie w pewnym momencie niszczą całe twoje życie. Nie warto. Nie warto. Nie warto. Nie warto. Nie warto. Nie warto. NAPRAWDĘ nie warto!

wtorek, 16 lutego 2016

Drobinki szczęścia

Czasami wracam do wpisów na tym blogu, by przypomnieć sobie, co kiedyś przeżywałam. Te wpisy są jak podróż w bardzo dobrze znaną mi krainę, w której mnie już nie ma.

Zaburzenia odżywiania były prawdziwą lekcją jaką dostałam od życia. Nauczyły mnie, że zawsze warto walczyć I nie wolno się poddawać. Najgorsze momenty choroby doprowadzały mnie zawsze to nadziei, choć kruchej i małej, ale zawsze nadziei, która to NADZIEJA pochodziła od Boga.
Poza lekcją wytrwałości dostałam jeszcze jedną lekcję. Nauczyłam się postawy, by nie analizować zbytnio życia, tylko działać z tym co się ma, wystartować z takiego miejsca w jakim się jest. Nauczyłam się cieszyć z małych rzeczy i małych kroczków jakie stawiam w drodze do swoich marzeń.

Mam przed sobą sporo marzeń - tych drobnych, drobniutkich, jak i bardziej wielkich. Myślę, źe warto o nie walczyć. Nie wiem, ile z nich się spełni. Nieważne. Ważne jest dla mnie by działać, by nie dawać się pokusie rozmyślania, że życie nie jest takie jakie bym chciała. Tak wiele rzeczy w życiu jest tajemnicą, nie warto analizować dlaczego. Nigdy nic nie będzie idealne. Nigdy ja nie będę idealna. Warto cieszyć się właśnie tą nieidealnością i drobinkami szczęścia, które spadają na nas każdego dnia. Moja praktyka ostatnio, to wypisywanie każdego dnia wieczorem rzeczy, za które jestem Panu Bogu wdzięczna minionego dnia. 

A jakie są te drobinki szczęścia?
- ktoś się do mnie uśmiechnął
- mogłam wybrać się na spacer
- góry za oknem wyglądają pięknie
- porozmawiałam z koleżanką
- przeczytałam dobrą książkę
- niespodziewanie spotkałam na ulicy starego dobrego znajomego
..

Jeśli chcemy cokolwiek zmienić w życiu, musimy zacząć od zmiany myślenia.

poniedziałek, 28 września 2015

Boląca prawda

Dzisiaj o pewnym paradoksie współczesnego świata. Świadomość jego pozwoliła mi inaczej spojrzeć na moje problemy z jedzeniem. Poprzewracała moje myślenie do góry nogami. Przysporzyła mi potwornych wyrzutów sumienia.

Największy problem ludzi w krajach wysoko rozwięrych gospodarczo to jak schudnąć. Natomiast nawiększy problem w krajach Trzeciego Świata to głód. 

Boli. Ta prawda istotnie mnie boli. 

Myślę o niej wielokrotnie wtedy, gdy chcę jeść z nudów, z emocji, z... Kiedy po prostu chce się poopychać dla przyjemności. 
Myślę o niej, kiedy nie doceniam tego co mam. Kiedy brakuje mi wdzięczności za to, że mam co jeść. Za to gdzie mieszkam.. Kiedy moje serce nie jest wdzięczne..
Myślę o niej ilekroć zaczynam wybrzydzać lub krytykować jakieś jedzenie. Kiedy doszukuję się zbytnio smaku, a nie właściwego zaspokojenia potrzeb mojego organizmu. 
Myślę o niej, kiedy zdaje mi się, że stanowczo za dużą wagę poświęcam kwestii jedzenia - kiedy ociera się to o obsesję. 
Myślę o niej, kiedy chcę nazwać siebie grubą i brzydką.

Ja sama głodu na świecie nie powstrzymam.. Ale jeśli chcę zmienić coś na tym świecie - muszę zacząć od siebie. Choćby od tak drobnych spraw - (ale jakże istotnych) jak mój stosunek do jedzenia.

piątek, 21 sierpnia 2015

Nieidealnie dobrze

Już sporo czasu minęło od założenia tego bloga. Czasami wracam do postów sprzed miesięcy i lat.. Analizuję i przyglądam się temu na jakim etapie byłam, jak myślałam. Widzę to, jak bardzo zmieniło się moje myślenie. Jednocześnie ogromnie dziękuje Bogu za to, jak jest teraz. Staram się nie wdeptywać ponownie w bagno zaburzeń jedzeniowych. Nie ma to najmniejszego sensu. Nie ma żadnego sensu!

Obecnie mam sporo wolnego czasu i wiem, że w takich chwilach muszę zachować szczególną czujność, bo pokusa by jeść dla przyjemności i z nudów jest czasami bardzo silna. Jednak wierzę, że będzie dobrze i chcę się o to bardzo starać.

Dziś jedzenie jest tylko jedzeniem. Jest dobrze. Nieidealnie. Czasami jem byle jak i byle kiedy. Zdarza mi się jeść z nudów.. bez poczucia głodu. Zdarza mi się nie jeść mimo głodu, bo nie mam ochoty. Zdarza mi się zjeść za dużo (szczególnie owoców z ogrodu :P). Jednak nie mam wyrzutów sumienia. Nie panikuję. Chcę zdrowo myśleć. Nie robić z jedzenia niewiadomo czego.

Staram się jeść zdrowo i smacznie. Lubię nauczyć się czegoś nowego ugotować i cieszy mnie gdy zrobię coś dla bliskich i im smakuje. Jednak gotowania nie mogę nazwać moją pasją jak na razie. Za dużo mam chyba innych pasji. Nie patrzę szczególnie na godziny moich posiłków. Są raczej mniej więcej o podobnych porach, ale bardziej steruje nimi głód.
Lubię próbować nowych smaków, takich nietypowych. Cieszą mnie proste rzeczy w kuchni jak na przykład kasza jaglana - jeden z moich największych przysmaków.

Odkrycie ostatniego czasu?! Nie żyję odchudzaniem, a trochę mnie ubyło. Paradoks? Tak! Wierzę, że właśnie tak to działa!!!

Nie stawałam długi czas na wagę. Nie widziałam potrzeby i nie chciałam wywoływać w sobie niepotrzebnych emocji. Myślę, że codzienne ważenie się to już obsesja. Dopuszczam ważenie co dwa tygodnie. Ewentualnie co tydzień. Ale na pewno nie częściej. Bo po co? Czy ktoś tu jeszcze wierzy w to, że w kilka godzin i dni można dużo przytyć czy schudnąć? Ja nie. 

--------
Właśnie ostatnio w moim życiu spełniło się kilka moich marzeń. Pan Bóg lubi mnie zaskakiwać. Chcę na co dzień żyć wdzięcznością i dzielić się z ludźmi tym, co dobrego mam. Nałóg jedzenia zamykał mnie na dobro. 

Nie zamierzam opuścić bloga. Pamiętam o obiecanym poście odnośnie zmieniania myślenia w procesie wychodzenia z zaburzeń odżywiania. Na razie brak mi weny, ale gdy tylko przyjdzie, opublikuję tekst.

sobota, 4 kwietnia 2015

Zdrowe nawyki żywieniowe

Nie jest łatwo wrócić do normalnego sposobu odżywiania, mając za sobą długą przeszłość pełną zaburzeń w tej sferze. Potrzeba małych kroków, kroczków, wprowadzania drobnych zmian, które mogą stać się nieocenioną pomocą w walce.

Dziś chcę napisać o nawykach tych związanych z jedzeniem, które z doświadczenia mi pomagają.
Niektóre z nich mam od lat.. niezależnie od tego, że jestem osobą kompulsywnie jedzącą. Inne ukształtowały się właśnie na polu walki z tą przypadłością.

1. Rano po wstaniu z łóżka wypijam na pusty żołądek 2 szklanki wody. 
Zauważyłam, że taka praktyka bardzo sprzyja dobremu trawieniu oraz zapobiega zjedzeniu zbyt obfitego śniadania.

2. Piję dużo wody. (przynajmniej 2l)
Dla mnie to oczywiste, bo od lat jestem przyzwyczajona że jest to główne źródło zaspokajania pragnienia. Zawsze chodziłam do szkoły z butelką wody :)

3. Śniadanie zjadam do 1h po przebudzeniu.
Śniadanie jest ważne dla mnie, bo ma mi dać energię na cały dzień.

4. Nie przypijam do posiłków.
Zauważyłam, że ta praktyka dobrze działa na mój układ trawienny. Ponadto dzięki temu lepiej odczuwam smak i mogę się delektować.

5. Jem wtedy, gdy jestem głodna. Proste.
Muszę uważać na wszelkie zachcianki... mam ochotę na.. mimo iż przed chwilą zjadłam obiad..

6. Lepiej zjeść więcej mniejszych posiłków niż mniej większych.
Jem średnio co 3-4 godziny. Dzięki stosowaniu tej zasady nie dopuszczam do stanu dużego głodu, który jest dla mnie prostą drogą do obżarstwa oraz nie doprowadzam do zbyt obfitego posiłku, który sprzyja myśleniu: ,,zjadłaś już tyle, więc co za różnica, czy zjesz coś jeszcze".

7. Nie jem słodyczy / słonych przekąsek.
Potrzebowałam czasu, żeby się od nich odzwyczaić. Takie "jedzenie" nie syci, a jedynie wzmacnia apetyt.

8. Staram się jeść dużo warzyw i owoców.
Zawierają one dużo błonnika i wody, co daje uczucie nasycenia. Zasada banalna. Czy jakiś człowiek na świecie, który jej nie zna?

9. Każdy posiłek staram się zjadać powoli i bez pośpiechu.
Ponadto staram się w pełni koncentrować na jedzeniu - nie robić w tym czasie nic innego, by moja świadomość dobrze zakodowała, że właśnie jem i jak skończę, powinnam być najedzona. Zauważyłam, że jedząc i jednocześnie mocno koncentrując się na jakiejś innej czynności, można oszukać mózg, który jakby nie zakoduje, że już zjedliśmy, ale wyśle nam sygnał, że znowu jesteśmy głodni.

10. Nie pozwalam sobie na to, by iść spać z burczącym brzuchem.
Nie słucham rad, że kolację trzeba zjadać przed którąś tam godziną... Bzdura... Za czasów anoreksji czasami nie jadłam nic po 16... tak a potem chodziłam spać o 24 na strasznym głodzie...
W każdym razie nie widzę nic złego, żeby zjeść coś o 22, kiedy burczy nam w brzuchu.

11. Po treningu zjadam najpierw lekką węglowodanową przekąskę, a po godzinie pełnowartościowy posiłek.
Tą przekąską jest najczęściej jakiś owoc. Podobno jest to ważne, żeby nie spalać mięśni. Nie mogę się głodzić po np. zaliczeniu 15km, bo na drugi dzień dosłownie rzucę się na jedzenie.

12. Staram się jeść różnorodnie.
To ważne, by w diecie nie brakowało żadnych potrzebnych składników. Można być niedożywionym wskutek braku jakiś witamin czy pierwiastków i w ten sposób odczuwać rzekomy "głód".

13. Jem to, co mi smakuje.
Nigdy nie wybrzydzałam w smakach. Raczej zawsze lubiłam wszystko. Jednak odkąd nie jem słodyczy i unikam żywności wysoko przetworzonej, zauważyłam, że zmienił mi się smak. Bardziej smakują mi zdrowe rzeczy. Jednak jak każdy mam to, co lubię bardziej i mniej.
Myślę, że czerpanie przyjemności z jedzenia jest ważne. Oczywiście takiej przyjemności, które nie ma nic wspólnego z rozpustą/obżarstwem/wybrzydzaniem. Trzeba się po prostu cieszyć, że ma się co jeść, a przez sam sposób jedzenia można troszczyć się o swoje zdrowie.

Następnym razem, więcej coś o psychice... i zmienianiu myślenia.

środa, 11 lutego 2015

Nie bawię się w cyferki

Od długiego czasu - jakoś od przeszło dwóch miesięcy - nie odczuwam przymusu jedzenia. Nie wiem dlaczego. Może w mojej głowie i psychice zaszły kolejne zmiany. Może Pan Bóg daje mi taka łaskę. W każdym razie jestem niesamowicie wdzięczna.

Na pytanie jak jem - odpowiedziałabym NORMALNIE. 
To normalnie coraz cześciej przypomina mi moje jedzenie sprzed czasów jakichkolwiek zaburzeń odżywiania. Lubię jeść. Zwłaszcza to, co smaczne i zdrowe jednocześnie. Czasem zdarzy mi się zjeść trochę wiecej, a czasem dużo mnie niż zwykle. Nie robię z tego problemu. Uważam, że jest to normalne. Nie czuje potrzeby bycia idealną w jedzeniu. Nie czuję potrzeby bycia super szczupłą. Nie czuję potrzeby bycia perfekt.
Mam za to inne, większe marzenia.

Nie bawię się w cyferki. Raz za jakiś czas stanę na wagę. Stanęłam wczoraj, ale nie była to rzecz bardzo emocjonująca. Nie przejęłam się zbytnio, choć wolałam zobaczyć mniej. Nie liczę kalorii. Z resztą nigdy tego nie robiłam, ale teraz nawet o nich nie myślę. Nie mierzę się centymetrem wszędzie gdzie popadnie, jak kiedyś. Nie ściskam marzeniami x kg. Nie patrzę na czas z perspektywy kilogramów. Nie czytam nic o odchudzaniu. Nie interesują mnie żadne diety. 

Jeśli, mój drogi czytelniku, czytasz to teraz i jesteś osobą cierpiącą na zaburzenia odżywiania jakiegokolwiek rodzaju lub masz bliską osobę chorą, chcę Ci powiedzieć - że WYZWOLENIE jest możliwe. Jest możliwe życie w wolności. Jest dla każdego zawsze nadzieja. 

Pan Bóg mówi: ,,Ja Pan, chcę być Twoim lekarzem.". Wj 15.26

Zawsze podkreślam, że może nie do końca - niezupełnie - bo sama nie wiem, jak dalej bede żyć. Czy kiedyś cała choroba do mnie nie wróci, gdy pojawią się trudne okoliczności życiowe.
Jednak może być lepiej. I można żyć jedząc normalnie, choć kiedyś myślałam, że dla mnie jest to już nieosiągalne. 

sobota, 3 stycznia 2015

Piękno życia

Uwielbiam dni, kiedy jest wokół mnie pełno ludzi...
Uwielbiam dni mnóstwa zajęć..
Uwielbiam dni, kiedy dzieje się dużo spontanicznych małych niespodzianek..

Pięknie jest...
Kiedy do kuchni doprowadza mnie burczenie w brzuchu..
Kiedy pochłonięta pracą zapominam nawet o posiłku..
Kiedy coś zaciekawi i wciągnie mnie tak, że nagle czas przestaje istnieć...

Doceniam chwile, kiedy nie myślę o tym, kiedy mogę zjeść następny posiłek..
Doceniam chwile, kiedy mogę ugotować coś smacznego, zdrowego...
Doceniam chwile, które mogę poświecić innym..

Ciesze się, że mogę zjeść obiad razem z rodziną..
Ciesze się, że jem, coś co mi smakuje..
Ciesze się, że MAM co jeść..

Cudownie jest...
Kiedy nie mam żadnych wyrzutów sumeinia z powodu przyjemności czerpanej z niezbędnego mi jedzenia..
Kiedy niczego nie liczę i nie analizuję składu pożywienia..
Kiedy jedzenie jest tylko jedzeniem...

Uwielbiam dni, kiedy jedzenie nie jest moim narzędziem do regulacji emocji.

Życie jest zbyt piękne i zbyt pasjonujące, by tracić je na obsesję żarcia lub nieżarcia. 
Walkę o wpasowanie sie w ideał centymetrów, ideał rozmiarów.. Który tak naprawdę nie istnieje. 

Zaburzenia odżywiania pochłaniają mnóstwo czasu, który można spożytkować na coś pięknego, wartościowego. Dlaczego pochłaniają mnóstwo czasu? 
Bo ograniczają myślenie.

(!!!) Jest zbyt wiele wspaniałych ludzi, z którymi warto się spotkać w zamian za poświęcanie czasu na obsesję jedzenia.

(!!!) Jest zbyt wiele wspaniałych rzeczy, ktorych mogę sie nauczyć w zamian za wzbogacenie wiedzy o kolejny sposób na uzyskanie wymarzonej sylwetki.

(!!!) Jest zbyt wiele... Zbyt wiele dobra do zrobienia w zamian za poświęcanie czasu na szlifowanie swojego menu. 


Wyplątuje się ze swoich chorych schematów... Niech ten rok oddali mnie od nich jeszcze bardziej...

środa, 10 grudnia 2014

Niemoc

Upadłam..
Czuję totalny brak sił.
Jedyne czego pragnę, to kolejna porcja jedzenia.
Paraliżuje mnie strach.
Boje się jeść, bo każdy posiłek może skończyć się atakiem.
Przeraża mnie to, co robie.
Boje się siebie.
Czuję obrzydzenie do swojego ciała.
Obrzydzenie do swoich uczynków.
Obrzydzenie sobą...
Nie moge skoncentrować sowjej uwagi na czymś innym...
To co się dzieje, to moja jedna wielka niemoc.

Mój drogi Boże, pomóż wstać. 
Nie chce taplać się w błocie. 
Chcę życia dobrego, wolnego.

Czy jest szansa, że kiedykolwiek na dłuższy czas uda mi się definitywnie skończyć z obżarstwem?
Ileż razy zadaję sobie to pytanie.. O niczym innym nie marzę..
Jednak zawsze pytanie to pozosotaje bez odpowiedzi.

środa, 26 listopada 2014

Chaos emocjonalny

Ostatnio uświadomiłam sobie, że nie posuwam się naprzód. Objadam się średnio dwa razy w tygodniu. Nie są to jakieś olbrzymio olbrzymie porcje (zdecydowanie nie takie jak kiedyś) ale jednak nie są to normalne porcje jedzenia. Potem mój organizm cierpi, a ja czuję psychiczną niemoc..

Muszę coś z tym zrobić. Zidentyfikowac błędy, które popełniam i tak jak przed miesiącami opanowac te cotygodniowe ataki.

Chyba nie radzę sobie z emocjami.. Bywa, że nie potrafię w ciszy i spokoju siedzieć. Jest mi źle samej ze sobą. Czuję jakbym zaraz miała eksplodować i wtedy właśnie pojawia sie przymus jedzenia..

Doceniam to, że ne jestem już anorektyczką, że większość dni jest jednak normalna pod względem jedzenia. Ze nie trwam już w tym okropnym jedzeniowym dole.. Że nie żrę po ubikacjach. Że nie zjadam na raz w stanie całej zawartości lodówki. Że mam życie poza walką o to, czy przez następną minute coś zjeść, czy nie.

Jednak pora wyprostować, to co pokrzywione.

niedziela, 16 listopada 2014

jedno tylko

Chcę jeść.
Chcę jeść. 
Ciągle chcę jeść. 

Boże, co mam zrobić, żeby to pragnienie sobie poszło? CO???
Boli.
Nie pozwala się na niczym skupić.
Nie daje spokoju..

Dziś właśnie mam ten dzień słabości. Tyle robię, by iść do przodu, by nie wracać do tego bagna, a ono ciągle jest, ciągle woła.. 
zjedz jeszcze. 
zjedz to. 
zjedz tamto. 
Nażryj się. 
Ulżyj sobie. 
Poczuj to. 
Ucieknij w jedzenie...

piątek, 31 października 2014

Przemiana trzech sfer

Aby odzyskać równowage w jedzeniu potrzeba wiele czasu. Warto cieszyć się z małych kroków , które stawia się na tej drodze. Przemiana odbywa się na wszystkich trzech płaszczyznach - psychicznej, duchowej i fizycznej. 

PSYCHIKA
Potrzeba przemiany myśli, rozprawienia się z niezdrowymi schematami myślowymi, oczyszczenia umysłu z natręctw myślowych i uniezależnienia swoich emocji od jedzenia. Potrzeba innego spojrzenia na samą kwestię jedzenia. Opanowania strachu przed jedzeniem i oswojenia z nowymi sytuacjami. Czasami przekierowania myśli na inne tory - pozbycia się ciągłego zaprzątania głowy jedzeniem i wszystkim, co z nim związane. Pozbycia się patrzenia na czas z perspektywy kilogramów oraz nauczenia się życia tylko dziś.

DUSZA
Jeśli chodzi o sferę ducha, nie wiem, czy da się wyjść z jakiegokolwiek nałogu, bez pomocy Boga. Ja jako chrześcijanka, nie wyobrażam sobie tego. Potrzebowałam i potrzebuje szczególnej pielęgnacji mojej więzi z Bogiem, nowego spojrzenia na modlitwę i zaufania Mu. W pewnym momencie po prostu przyznałam się przed Bogiem, że nie jestem w stanie sama wyjść z bagna zaburzeń odżywiania i w swojej bezsilności postanowiłam oddać Jemu ten ciężar, wierząc, że tylko On jest w stanie mi pomóc.
Każdy człowiek - czy wierzący, czy nie, aby wykorzenić ze swojego życia nałóg, musi spojrzeć głębiej - w głąb siebie - swojej duszy, poza psychikę - tam gdzie spojrzy sobie w oczy i odkryje, czego tak naprawdę potrzebuje, by wrócić do wolności. Musi zastanowić się nad przycznami takiego stanu rzeczy.
Poza tym sfera ducha, wymaga też innego spojrzenia na siebie - często pielęgnacji miłości do siebie samego. Przywrócenia szacunku do swojej osoby. Spojrzenia na swoje ciało z akceptacją. 

CIAŁO
Organizm musi przyzwyczaić się do normalnego, racjonalego odżywiania. Trzeba wdrożyć w swoje życie zdrowe nawyki te związane z jedzeniem, czy też te związane z odpowiednią ilością aktywności fizycznej oraz snu. Czasem należy poszukać indywidualnego dla siebie dobrego sposobu odżywiania, bo każdy z nas jest inny. Niekótrzy potrzebuję wyeliminowania z jadłospisu niektóych produktów i wtedy trzeba czasu, by się od nich odzwyczaić. Poza tym trzeba dać sobie czas, jeśli ciało wymaga pozbycia się nadwagi. Żadne restrekcyjne diety nie będą tutaj dobrym rozwiązaniem, ani nie przyczynią się do ładnego wyglądu naszego ciała. Jedynie spotęgują obsesję jedzenia.

trzeba czasu
tak, trzeba czasu
nic szybko 
nic na siłę

z resztą to nie jest żadna jednorazowana droga, jednorazowa przemiana
nie ma zdrobione i STOP

Nie moge sobie powiedzieć, że już dotarłam tam gdzie chciałam być. Do końca życia pozostanę człowiekiem zdolnym do obżarstwa, do anoreksji i obsesji jedznia. Całe życie mam się tego wystrzegać, tak samo jak innych złych ludzkich odruchów. Jestem pielgrzymem, któy często upada, jednak idzie dalej. Ciągle idzie. 

Jakie to piękne, że te życiowe kopniaki wszelkeigo rodzaju, jakie dostajemy od Boga, tak wiele nas uczą. Często pomagają nam odkryć, kim naprawdę jesteśmy. 

Trzeba żyć z pasją, właśnie dziś.

czwartek, 9 października 2014

Dzień pokusy

Dużo się działo.. Życie się pozmieniało. Zmiany przyniosły nową przestrzeń sprzyjającą wolności od obżarstwa. Na kilkanaście dni w ogóle zapomniałam o tym, że jestem jedzenioholiczką. Ogarnęłam się na ten czas. Do czasu. Bo na horyzoncie ni stąd ni zowąd pojawiło się on - PRZYMUS.

Czasami bywają dni, że wszystko we mnie w środku woła jeść. Głód emocjonalny staje się bardzo przykry do znoszenia.. Mam wrażenie, że zaraz eksploduję.. Że jak nie wypełnię swojego żołądka do granic możliwości, to mi się coś stanie.. Mam ochotę uciec, czuję potrzebę ucieczki w miejsce, gdzie ów przymus mnie nie doścignie. Ale jak uciec? Dokąd? Kiedy gdziekolwiek pójdę, wszędzie zabiorę siebie...

Godziny przypominają nieustanną walkę ze sobą. W jednej chwili udaje mi się pokonać pokusę - na przykład zrezygnować z odwiedzenia piekarni, którą mijam na ulicy, a w drugiej chwytam w pośpiechu za jedzenie, choć przed chwilą zjadłam spory posiłek. Jedna bitwa rozklada się na wiele mniejszych starć. Nie walczę z nikim, jak jedynie z osobą, którą znam najlepiej - z sobą. Z własną zagmatwaną wolą i pragnieniami.

Przede wszytskim zaś źle mi w tym stanie głodu emocjonalnego. Czuję się niewygodnie.. czuję się roztrzęsiona.. brakuje mi energii i chęci do obowiązków.. bo chęć zrobienia czegokolwiek jest wyparta przez przymus nażarcia. Jakby życie sprowadzało się do jednego..  ZJEŚĆ, NIE ZJEŚĆ. ZWARIOWAĆ.

A kiedy już nie wytrzymam i spełnię swe żarłoczne rytuały, moje samopoczucie przekracza niebezpieczną granicę normalności, sięgając do poziomu minus, gdzie głowa eksploduje od pesymizmu. Ja zaś na ten moment zamieniam się w innego człowieka, ogołoconego ze zwykłej serdeczności. Zachowuje się jakby mi juź na niczym nie zależało i nic mnie w życiu nie cieszyło. I wtedy bolesna wskazówka zegara staje i boli, a ja zapominam o sprawach ważnych i ważniejszych jeszcze.

środa, 24 września 2014

Ogarnąć się

Muszę się ogarnąć, bo jeśli dalej będę tak traktować mój żołądek i mój organizm, to nie będzie wesoło. Nie chcę już bólów wątroby, żołądka i wszelkich problemów z trawieniem, a poza tym  tego okropnego nastroju po każdym ataku.. Tego obrzydzenia.. Tego poczucia straty czasu i złości na siebie. Tego znienawidzenia siebie.

Dwa, trzy dni jem normalnie, a potem znów... Jakaś chwila nieodpartej pokusy i po mnie.
Wystarczy, że jeden raz pójdę za myślą - jedna kromka ci nie zaszkodzi. Jednak sama wiem, źe nigdy nie kończy się na jednej.

Tak bardzo chciałabym wpaść w rytm zdrowego normalnego jedzenia... Minął rok odkąd nie jem słodyczy i to doświadczenie pokazuje mi, że SIĘ DA. 2.5 miesiące mojej abstynencji pokazują mi, ze SIĘ DA.

Nie mogę tracić nadziei, choćby nie wiem co. Nie chcę zatrzymywać się na złych myślach. Chcę żyć od dziś, lepiej.

KIEDYŚ MUSI SIĘ UDAĆ pokonać mojego żarłoka.

wtorek, 9 września 2014

Tak po prostu

Ostatnio dni wolne od obżarstwa przeplatają mi się na zmianę z dniami, kiedy żyję bez niego. Bardzo mnie boli, że znów jest gorzej. Że ciężko mi wytrzymać tydzień. Że moje ciało cierpi, a moja dusza jeszcze bardziej. Mimo wszystko chce patrzeć z nadzieją na przyszłość i pamiętać, że skoro wytrzymałam niedawno 2,5 miesiąca, to mogę to powtórzyć.

Dziś moje obżarstwo zaczęło się od cichutkiej myśli w głowie: ,,może coś zjesz?". Nieraz jem coś pomiędzy posiłkami i nie ma to nic wspólnego z kompulsywnym jedzeniem, ale dzisiaj pociągnęło lawinę. Jest to o tyle dla mnie zaskakujące, że nie czułam wcale przymusu jedzenia. Nie miałam też w sobie "niewygodnych" emocji, które mogłabym zajeść. Czułam sie dobrze, normalnie. Nie byłam głodna po porządnym śniadaniu. Więc dlaczego to zrobiłam? Nie wiem. Po prostu. Bo jestem uzależniona.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Zajadanie problemów?

Już drugi dzień się objadam. Nie widzę w sobie dna. Jestem jak odkurzacz na jedzenie. Nieważne co. Ważne by było. By zapełniało mnie. By zapychało jakąś dziurę w moim sercu?

Ale dlaczego? Dlaczego znowu to robię? Boże, nie chcę... nie chcę, tak bardzo nie chcę, a nie umiem przestać!!! Dlaczego? Dlaczego? Przecież tak się starałam.. ćwiczenia, unikanie szkodliwego jedzenia i zdrowe jedzenie, zaprzestanie myślenia o odchudzaniu, zdrowe nawyki, odpowiednia ilość snu, życie normalne życie.. Z czym zawaliłam? Z czym? Gdzie się za mało starałam? Co ściągnęło lawinę?

Coś mnie wkurzyło. Coś zdenerwowało. Zasmuciło. Poczułam się samotna. Niezrozumiana. I wybrałam tę drogę ulżenia sobie jedzenie. I mnie żarłok złapał i mnie ma... W tym obżarstwie jestem jeszcze bardziej samotna. Jak palec. Bo komu niby powiem, że znowu żrę? Komu?
Mało ludzi rozumie, że tak w ogóle można. Że człowiek może nie mieć dna. Każdy ma swoje życie. Nie chcę nikomu paplać o moich jakże "głupich" problemach.

I to jest właśnie mój problem. Że zamiast spokojnie przyjąć emocje i żyć z nimi, chcę je zagłuszać jedzeniem.

Mój upadek boli... tak bardzo boli. I znowu ta bezradność. Wrażenie niemożności ucieczki. Złość i zalewający mnie z wszystkich stron smutek. Samotność. Samotna samotność...

czwartek, 14 sierpnia 2014

Nie wytrzymałam

Zrobiłam to. Nie mogę w to uwierzyć, ale zrobiłam to. Obżarłam się. Inaczej tego nazwać nie mogę. Jak można wpakować do siebie w ciągu pół godziny tyle jedzenia?! Dwa bohenki chleba??? I nic nie czuć.. Nic. Jakby ktoś wyłączyć w mojej głowie czujnik sytości. A co gorsza dalej pragnę... Mam wrażenie, że mój koszmar wrócił.. że to tylko złudzenie, iż jest dobrze. Jeśli chociaż przez chwilę chciałam siebie nazywać zdrową ,,byłą anorektyczką i jedzenioholiczką", to się myliłam. Może to było tylko dwa i pół miesiąca lepszego życia? Może wcale NIC mi się nie pozmieniało w tej mózgownicy apropo mojego traktowania jedzenia?

Mam ochotę napluć sobie w twarz.. Krzyknąć, że jestem beznadziejna, bo nawet jeść normalnie nie umiem... Chcę sobie powiedzieć, że zniszczyłam moją abstynencję - moją wolność - to, na co tak długo pracowałam. Nie, nie chodzi mi o szczupłą sylwetkę. Absolutnie! Chodzi mi o moją wolność. Wolność mojego ducha od nałogu obżarstwa.

Wiem, że teraz będzie ciężko powstać. Strach przed jedzeniem wróci. Tymczasem życie stawia przede mną nowe zadania i obowiązki. Mnóstwo pracy. Nie mogę niszczyć tego wszystkiego moim żarciem. Nie mogę marnować czasu na żarcie. Nie chcę przejadać życia i znowu tkwić w tym psychicznym dole.

,,Zmiłuj się nade mną, Boże, według miłosierdzia Twego, według wielkiej litości Twojej, zgładź nieprawości moje". Ps 51,3